Serial (i książka) na jesienne wieczory

579816.1

Jesienią lubię zanurzyć się w mrocznych historiach, tajemniczych zaginięciach, kryminalnych zagadkach. Właściwie to sięgam po takie filmy, seriale i książki przez cały rok, ale to właśnie październik i listopad sprawiają, że wyjątkowo chętnie pogrążam się w cięższych klimatach. Wy pewnie też tak macie, prawda? 🙂

Dlatego też bez większego zastanowienia przeczytałam pierwszy tom trzyczęściowej serii Blake’a Croucha o tajemniczym miasteczku z którym nie do końca wszystko jest w porządku: Wayward Pines. Szum. Szybko zorientowałam się jednak, że a) na podstawie książki powstał serial; b) w pierwszym tomie cała zagadka zostaje rozwiązana, a w dalszych częściach jest już tylko akcja (tę informację zdaje się wyszperałam na Lubimy Czytać). Postanowiłam więc skończyć pierwszy tom, a resztę historii poznać w serialu. Jak postanowiłam tak uczyniłam i nie żałuję tej decyzji. Dlaczego?

Bo szczerze mówiąc, myślę, że nie ma sensu najpierw czytać książki, a potem oglądać serialu (albo na odwrót), bo ani jedno ani nie drugie nie jest wybitną sztuką. Ani serial nie może równać się z takimi arcydziełami jak Miasteczko TwinPeaks, ani książka nie jest wyjątkową literaturą. Zaś wszelkie smaczki kryją się w fabule, którą poznajemy niezależnie od medium. Oczywiście twórcy zadbali, żeby historie opowiedziane na papierze i w telewizji różniły się od siebie. Jednak nie na tyle (chyba że w dalszych tomach powieści są jakieś bardziej znaczące odstępstwa; słyszałam też, że zakończenie jest inne w serialu), by warto było poświęcać czas na jedno i drugie. Nie mam natomiast wątpliwości, że Wayward Pines to lekka, dobra i całkiem wciągająca rozrywka na długie jesienne wieczory. Bo mamy małe, spokojne (?) miasteczko ukryte wśród sosnowych lasów, tajemnicę, mrok i … nie będę zdradzać.

Jeśli chodzi o serial, to po pierwsze grają w nim ciekawi aktorzy: Matt Dillona, Juliette Lewis, Shannyn Sossamon, Toby Jonesa i Hope Davis. Obsada jest co najmniej interesująca. Po drugie akcja ani na moment nie ustaje. Klimat jest mroczny, trochę taki jesienny właśnie. Bez dwóch zdań warto. Może nie należy spodziewać się wielkiej telewizji, ale już dobrej rozrywki – jak najbardziej tak 🙂

Co do książki, to polecam ją fanom lekkich i wciągających kryminałów, sensacji i tego typu pokrewnych gatunków. Napisana jest prostym, przyzwoitym językiem, autor stosuje sprawdzone i dość standardowe rozwiązania, ale to wszystko razem całkiem dobrze się trzyma. Czyta się ją szybko. Wciąga. Ale jednak nie ma w niej nic nowego i wybitnego (podobnie jak w serialu) i trochę szkoda mi było czasu na kolejne tomy.


Podsumowując: warto poznać historię miasteczka Wayward Pines, bo choć daleko jej do oryginalności i wybitności, to idealnie sprawdzi się jako klimatyczny i wciągający sposób spędzania jesiennych wieczorów. I nie ma tu moim zdaniem większego znaczenia czy sięgniemy po powieść czy po serial, bo jedno i drugie jest po prostu ciekawą, trochę mroczną i dobrą rozrywką.

Moja ocena:

Książka – 6,5/10; Serial – 7,5/10

  • Zaciekawiłaś mnie!

  • marcin

    podoba mi się ,film czy książka ,dla mężczyzn bardziej to pierwsze niewiele czasu pozostaje na czytanie pośpiech praca dom samochód się popsuł milion spraw książkę zaś życie pisze każdemu z nas oddzielnie.

    • Ej 😉 Kobiety są równie zarobione jak mężczyźni 😉

      • marcin

        BARDZO CIĘ PRZEPRASZAM DROGA MADZIU ,oczywiste jest bez kobiety ten swiat niemiał by racji bytu ,zwracam szacunek ,dlaczego tak napisalem to proste ,miłość poznałem’ale jej nie zrozumiałem ,nie zawalczyłem o nią ,niebende tłumaczył dlaczego ,i stąd u mnie taki stosunek ogólnie do zycia ,które zmarnowałem,ale ponieważ cuda sie zdarzają ,to wierze że jakiś porzytek temu światu zemnie przyjdzie,sory za pisownie.

%d bloggers like this: