Sońka

sońka_tytułowe

Cienka książka, wydana tak pięknie, że z przyjemnością trzyma się ją w dłoniach. Tegoroczna finalistka Literackiej Nagrody Nike. Autor znany i uznany. A ja? Nie do końca wiem, co mam o niej myśleć…To było moje pierwsze spotkanie z Ignacym Karpowiczem i przyznam szczerze, że lektura pierwszych stu stron Sońki pełna była westchnień, sapnięć i obiecywania sobie, że nigdy więcej po żadną książkę tegoż autora nie sięgnę. Lektura kolejnych stu stron zostawiła mnie z otwartymi z wrażenia ustami i do teraz nie mogę się po niej otrząsnąć. I pytam samą siebie? Co właśnie przeczytałam? Wybitną literaturę czy kolejnego grafomańskiego gniota?

Przerost formy nad treścią?

Problem polega na tym, że Sońka jest takim typem powieści jakiego ja nie lubię. Już przy okazji pisania o Szumie Magdaleny Tulli (klik) tłumaczyłam Wam, że najbardziej cenię literaturę która buduje wielkie, piękne światy, a minimalizm i językowa skromność, a także zabawa formą i (zwłaszcza!) językiem podobają mi się wyjątkowo – musi być to coś naprawdę wybitnego.

Sońka zaś jest minimalistyczna w języku i formie, momentami bliższa poezji niż takiej typowej, pełnokrwistej prozie. I to właśnie przez pierwsze sto stron mnie denerwowało. Bo mam czasami wrażenie, że wystarczy trochę pobawić się formą (tu: przenikanie się czasów, osób, teatru i życia) i słowem (wstawki z języka białoruskiego, powtórzenia) żeby zwykła, prosta fabuła została przez krytyków i czytelników uznana za wyjątkową. Nie trzeba się już wtedy jakoś specjalnie starać, żeby ładnie opowiedzieć historię, żeby stworzyć bohaterów niesztampowych i prawdziwych, bo cała jakość (lub je brak) książki chowa się za udziwnieniami, którymi posługuje się autor. Często gęsto we współczesnej literaturze król jest nagi. Czy może inaczej: pod strojnym i modnym ubraniem nie ma nic. Żadnego króla, żadnej wartości. I tak właśnie myślałam przez pierwsze sto stron: że Sońka to kolejna wydmuszka nad którą przyszło mi się męczyć. Bo o czym właściwie czytam? Typowa wojenna historia miłosna jakich w kinie i literaturze było wiele, podana w nieco oryginalny sposób. Schabowy udekorowany owocem pitahayi.

A może wybitne dzieło?

Tak sobie myślałam przez pierwsze sto stron. Że język piękny, że czyta się dobrze, ale sama historia jest dość banalna. I w sumie po przeczytaniu całości zdania nie zmieniłam. Ale… Ale gdzieś w tej książce jest dotyk magii. Jakimś cudem, mimo skromności opisów, przeniosłam się na podlaską, odciętą od świata wieś (a tym milej mi się czytało, że w zeszłym roku przez tydzień sobie po takich miejscach jeździliśmy – klik), siedziałam z Sońką i Igorem przy przykrytym ceratą kuchennym stole i słuchałam tej banalnej, ale rozdzierającej serce historii. I tak słuchałam, i przeżywałam i cierpiałam razem z nimi. Udało się Karpowiczowi mnie zaczarować, wciągnąć w stworzony w powieści świat, zauroczyć. Wszystko to razem: uroda języka, ulotność formy, koszmar historii i bezmiar samotności sprawiły, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć: ta książka mi się podobała.


Sońka nie jest powieścią, którą umieściłabym wśród moich ulubionych. Nie jest nawet książką, która (moim skromnym zdaniem) powinna była zdobyć tegoroczną nagrodę Nike (Księgi Jakubowe też nie powinny jej zdobyć, ale o tym szerzej za kilka dni!). Jest książką dobrą, ładną, wartościową, choć trochę brakuje jej wyjątkowości w warstwie fabularnej. Co nie zmienia faktu, że polecam ją wszystkim tym, którzy w literaturze szukają czegoś więcej niż tylko ciekawych historii – odrobiny magii czy trudno uchwytnego piękna.

Moja ocena: 7/10

%d bloggers like this: