Urlop macierzyński czy urlop sprzątaczyński?

56H

Trochę mnie to przeraża. Wybija z rytmu i wywołuje grymas niedowierzania na twarzy. Skąd się wziął pomysł, że kobieta przebywająca na urlopie macierzyńskim ma dodatkowo gotować i sprzątać?

Kiedy urodził się Ssako i ogarnianie rzeczywistości zabierało mi większość czasu, niespecjalnie zajmowały mnie takie głupoty, jak na przykład gotowanie. Coś tam jedliśmy, ale co i dlaczego – nie pamiętam. Wtedy moja mama oznajmiła mi, że kiedy ona była ze mną w domu, zawsze miała ugotowany obiad. Zawsze. I jak to tak? Siedzieć w domu i nie zrobić obiadu? Hmmmmm. Słyszałam też od koleżanek i czytałam wielokrotnie np. na forach internetowych, że dziewczyny mają wyrzuty sumienia, że nie ogarniają domu, bo dziecko zajmuje im tyle czasu. Hmmmmmmmmmmmmmmmmm. Serio?

W naszym przypadku opieka nad Lordem Ssakolionem jest dość prosta. Pięć/sześć razy dziennie karmienie mieszanką dla alergików (w czym zawiera się mycie i wyparzanie butli, robienie mieszanki, pilnowanie odbeku i przebranie po ulaniu – łącznie jakieś 3 godziny dziennie, bo karmienia u Ssako trwają dłuuugo), przewijanie i kąpiel wieczorna wraz z toaletą (łącznie w ciągu dnia około godziny), spacer (około godziny), ćwiczenia, a więc leżenie na brzuszku, obroty, aktywna zabawa (łącznie może jest to półtorej godziny dziennie), myślenie, strategia działań i inne – czyli dokształcanie się poprzez lekturę, wyszukiwanie rozwiązań problemów, obserwacja, umawianie wizyt u lekarzy i wizyty u lekarzy, zakupy, pranie i prasowanie (średnio półtorej godziny dziennie). Zsumujmy więc. Razem wychodzi 8 godzin dziennie. 8 godzin dziennie aktywnej i efektywnej pracy przy dziecku. Z pełnym i maksymalnym skupieniem. I to są drodzy państwo czynności podstawowe, do których niemalże codziennie dochodzą jakieś dodatkowe ekstrasy. A trzeba zaznaczyć, że Ssako jest naprawdę mało angażującym niemowlęciem, które świetnie bawi się samo, samo zasypia i nie jest szczególnie roszczeniowe. Wiem, że są Ssaki znacznie, znacznie bardziej wymagające.

No więc, drodzy Państwo. 8 godzin to jest 8/8 etatu. I często występują dłuuugie nadgodziny. Tak. To jest normalna, pełnowymiarowa robota. Więc skąd, do stu tysięcy ulewających niemowląt, pomysł, że kobieta na macierzyńskim ma dodatkowo bezwzględny obowiązek jeszcze ogarniać chałupę i gotować te chrzanione obiadki? He? No skąd? Skąd w kobietach bierze się to idiotyczne poczucie winy, że mają w domu brudno, a mąż musiał sobie sam wyprasować koszulę? Laski! Wy opiekując się dzieckiem (dziećmi) pracujecie już na pełen etat. Albo i na dwa etaty. Serio. Waszym obowiązkiem jest teraz opieka nad potomstwem, a nie czyszczenie fug szczoteczką do zębów!!!!! Macie być z maluchem, budować z nim więź i korzystać z tego pięknego czasu. To tak, jakby ktoś miał pretensje do zarobionego freelancera pracującego z domu, że codziennie nie gotuje trzydaniowych obiadków.

Zresztą, przyjrzyjmy się definicji. Urlop macierzyński jest to przerwa w pracy udzielana kobiecie, która urodziła dziecko. Po wykorzystaniu przez kobietę część urlopu, resztę może wykorzystać ojciec. Oczywistym celem jest tu zajmowanie się nowo narodzonym człowiekiem. Więc urlop macierzyński to tak naprawdę czas dany nam od państwa (bo to przecież państwo w wielce umiłowanym ciele Zakładu Ubezpieczeń Społecznych nam za ten czas płaci) na to byśmy w spokoju i bez stresu poświęciły się OPIECE NAD DZIECKIEM. Nikt nie daje nam pieniędzy na sprzątanie, pranie koszul męża i gotowanie dwudaniowych obiadków.

No dobrze. To jak to jest z tym sprzątaniem? No bo przecież nie można w brudzie utonąć i umrzeć z głodu albo wyniszczenia organizmu jedzeniem na wynos. Otóż. Kiedy oboje z moim Pawłem chodziliśmy do pracy, obowiązki były podzielone po połowie. Równo. Tak. Oboje jesteśmy takimi samymi ludźmi i ja jako kobieta nie mam jakiś szczególnych uzdolnień czy predyspozycji do prac domowych. Paweł jako mężczyzna też nie. Teraz, kiedy na świecie jest Ssak, sytuacja wygląda trochę inaczej. Obojgu nam doszły nowe obowiązki. Paweł przecież też angażuje się w opiekę, uczestniczy w kąpieli, musi się ze Ssaczym pobawić i nawiązywać więź, czasem go nakarmić czy iść z nim na spacer. Do tego ma pracę – zazwyczaj znacznie dłuższą niż 8 godzin dziennie, angażującą psychicznie, wyczerpującą, stresującą. A ja mam te kilka godzin ze Ssakim do wyrobienia. Więc proste dodawanie wskazuje, że ja mam jednak duuużo więcej czasu. I dlatego też faktycznie zdecydowana większość obowiązków domowych spada na mnie. Dlatego, że ja mam mimo wszystko więcej czasu. Lecz zapewniam Was, że gdyby Paweł miał inną pracę, a nasze dziecko byłoby nieco bardziej hardkorowym przypadkiem, podział prac domowych wyglądałby zupełnie inaczej. Sprawiedliwie.

Nie dajcie sobie dziewczyny wmówić, że Waszym psim obowiązkiem jest gotowanie i sprzątanie. Nie jest. W każdym razie nie z definicji. Może być tak jak u nas, że zdrowy rozsądek i troska o męża sprawiają, że to ja gotuję obiady, robię zakupy, ścieram kurze, piorę i ogólnie dbam o dom. Ale może też być tak, że facet wraca sobie o 17, po średnio stresującej robocie i zamiast siadać przed telewizorem z puszką piwa, wstaje i robi obiad. Albo odkurza mieszkanie. Albo opiekuje się dzieckiem. Tak, tak. I nie raz w miesiącu, tylko codziennie. To, że przez lata żyliśmy w wypaczonym społeczeństwie, nie znaczy, iż mamy kontynuować ten model. Urlop macierzyński/wychowawczy/siedzenie z dzieckiem w domu nie jest równoważne z byciem kurą domową. Nie. Nie. Nie.

  • Próbuję sobie przypomnieć, jak to było…
    Właściwie to pierwsze pół roku miałam luz, bo walczyłam z anemią, a potem to już było z górki. Ogarniałam mieszkanie, ale bez jakieś spiny: co się udało zrobić z młodą na plecach, to się udało a koszule mąż prawie zawsze sobie sam prasuje, bo lubi (chyba, że na prawdę nie ma czasu). Z gotowania nie potrafiłam zrezygnować – lubiłam to planowanie i pichcenie. No i młoda na BLW więc musiałam skrobać te marchewki. Wieczorami często mąż przejmował młodą, żebym mogła gdzieś wyjść – na kawę do koleżanki, do kina.

    Także ja się osobiście nie spotkałam ze słowami „siedzisz w domu i nic nie robisz”. Toż to nawet dwulatek jest dzieckiem absorbującym i wymagającym uwagi.

    • Mi się dzisiaj wydaje, że dwulatek wymaga więcej uwagi niż taki zupełny maluszek – w końcu porusza się samodzielnie 😉

  • Podoba mi się Twoje podejście i przyznaję rację, mam nadzieję, że ja kiedyś nie zeświruję z tymi obiadkami;)

  • „To tak, jakby ktoś miał pretensje do zarobionego freelancera pracującego z domu, że codziennie nie gotuje trzydaniowych obiadków”. i wyobraź sobie, że ja jestem freelancerem i zamierzam być mamą… Nieźle się zapowiada.

    • Ha ha 🙂 No to na pewno nie będziesz robić trzydaniowych obiadków 😉

  • „Do stu tysięcy ulewających niemowląt”, Boskie 😀

    Ja po urodzeniu miałam jakąś schizę na sprzątanie, ale mi przeszło 😉 teraz jak mała zaczyna mocno się przemieszczać, nierzadko oddając hołd podłodze i ją czule całując, staram się żeby była czysta (podłoga, nie dziecko, dziecko zazwyczaj jest czyste ;p). A tak to żeby oględnie wyglądało. Obiad raz jest, raz kupuję w barze mlecznym i też się nic nie dzieje 🙂

    Ciekawy blog, będę zaglądać 🙂

    • No właśnie, jak Ssako mi zacznie raczkować, to trzeba będzie mocno pilnować tej podłogi 😉

  • póki co cieszę się tą moją ciszą, przed burzą(poród przede mną), jednak mam dokładnie takie samo zdanie, zresztą u nas podział obowiązków nastąpił już pierwszego dnia wspólnego mieszkania z partnerem i trwa już parę lat, z czego mega się cieszę, moja matka nie miała tak łatwo …:D

%d bloggers like this: