O co chodzi ze świętowaniem rocznicy ślubu na Fejsie?

DSC_0470 (2)

Właściwie (prawie) każdy z nas, użytkowników internetu, w jakimś mniejszym lub większym stopniu odsłania trochę swoją prywatność. Instagram, Facebook, blogi i cała masa mediów społecznościowych, których nie jestem już w stanie ogarnąć, skłaniają nas do nieustannego dzielenia się z innymi swoim życiem. Pokazujemy fotki z wakacji, ze ślubu, zdjęcia naszych kotów i naszych dzieci. Jedni tworzą sobie jakąś internetową kreację, która wpędza pozostałych w depresję. Wiecie, coś w stylu: czytam Prousta, piję mojito (czy co tam teraz jest modne, ja nadal kocham mojito) z super zajebistymi ludźmi i przebiegłem dziś miliard kilometrów. Inni są tak zajarani tym co robią, że po prostu, często wbrew zdrowemu rozsądkowi, wrzucają fragmenty swojego życia do sieci. Jeszcze inni żalą się publicznie i dzielą z prawie obcymi ludźmi swoimi dość intymnymi problemami i rozkminami. Zdążyliśmy już do tego stanu rzeczy przywyknąć, przeanalizować go pod kątem socjologicznym i taktować jako coś normalnego. To część naszej nowej rzeczywistości. Tak już będzie.

Ja również dzielę się ze światem swoim życiem. Są jednak pewne sfery, o których ktoś śledzący moje poczynania internetowe nigdy się nie dowie. Są też takie, które pokazuję światu chętnie. Wyznaczyłam sobie granicę. Czasem przesuwam ją nieco dalej niż pierwotnie planowałam (patrz: wysyp ssaczych zdjęć), ale pewnych informacji na swój temat nie opublikuję nigdy. Nie dowiecie się, gdzie pracuję i czym się tak naprawdę zajmowałam przed urlopem macierzyńskim, nie poznacie moich preferencji politycznych, poglądów religijnych. Nigdy nie napiszę czegoś, co postawi moich bliskich w złym świetle. Nie wspomnę o kłótniach małżeńskich (przecież ich nie ma 😉 ) ani nie skrytykuję moich rodziców. W końcu nie napiszę nic, co mogłoby urazić kiedyś mojego syna, jeśli przeczyta za parę lat moje wypociny. Na prywatnym Facebooku wrzucam coś raz od wielkiego dzwonu.

Każdy jednak wyznacza swoją granicę prywatności tak jak chce i jeśli uważamy, że ten ktoś jest zbyt otwarty, najzwyczajniej w świecie możemy kliknąć w odpowiednią ikonkę i przestać go obserwować. Jeśli lubi on dzielić się ze światem depilacją okolic intymnych (true story…), to jest jego prawo. On może pisać, co chce, ja nie muszę tego czytać.

Zastanawia mnie natomiast co innego. Ostatnio zauważyłam na Fejsie dziwną modę. Otóż ludzie świętują rocznicę ślubu. Na Facebooku. Wrzucają relację na żywo, serię zdjęć, na których ładnie ubrani piją wino. Składają sobie bardzo osobiste życzenia na ścianie, widoczne dla wszystkich, nawet dla obcych im ludzi. Ludzi, którzy tak się temu dziwią, że aż wylewają swoje zadziwienie na blogu. No bo kurczę blade. Jest wiele rzeczy, które chciałabym powiedzieć Pawłowi, kiedy w październiku stukną nam cztery lata razem. Ale właściwie żadnej z nich nie chciałabym podawać do publicznej wiadomości. I wcale nie dlatego, że to są rzeczy złe. Tylko bardzo, bardzo prywatne. Być może nawet wrzucę na Instagram zdjęcie naszej kolacji, kiedy Paweł pójdzie skorzystać z toalety albo zamówić kolejną butelkę wina. Ale nie opublikuję serii prywatnych fotografii, nie będę mu składać życzeń publicznie, ani pisać, jak bardzo go kocham. Bo po co? Jaki to ma sens? Jaki to ma cel?

Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy po prostu chce być z bliską osobą. Z dala od innych, również innych-wirtualnych. Podczas długiej rozmowy z przyjacielem, podczas niedzielnego obiadu z rodziną, kiedy leży na sali poporodowej z nowo narodzonym synem, podczas rocznicy ślubu. Takie chwile, które powinno się dzielić tylko z wybranymi ludźmi, takie słowa, które powinna usłyszeć tylko wybrana osoba. Te chwile pokazane publicznie – bledną. Te słowa napisane publicznie – tracą wartość. Czym innym jest wrzucanie dziesiątego zdjęcia swojego dziecka i wystylizowanego obiadu, a czym innym posiadanie potrzeby pochwalenia się światu czymś tak ekskluzywnym i osobistym jak składanie życzeń żonie w rocznicę ślubu. Hurtowo: sto lat dla Gośki z podstawówki, której nie widziałem od dawna i jesteś moim skarbem i sensem życia dla żony, która siedzi obok.

Czy może jestem już trzydziestoletnim dinozaurem, który nie nadąża za nowoczesnym światem? Może przesadzam? Może w składaniu sobie życzeń i publikowaniu obszernej fotorelacji nie ma nic złego/dziwnego? Może to jest z mojej strony hipokryzja? Sama już nie wiem.

  • Pewnie nie ma w tym nic złego, bo nikomu się tym nie szkodzi… Ale zgadzam się z Tobą, że to jest dziwne. Też zawsze mnie to zaskakuje i nie chodzi tylko o rocznicę ślubu, ale też jakieś życzenia urodzinowe czy zwykłe wyznania miłości pisane bez okazji na tablicy ukochanej osoby. Psychologiem nie jestem, ale od razy zajeżdża mi to jakimiś kompleksami i chęcią pokazania światu: „Patrzcie, mam swoją drugą połówkę, ktoś mnie pokochał, ja kogoś kocham, jestem szczęśliwa/szczęśliwy”. W sumie to samo można zrobić za pomocą zdjęcia i to już mnie tak nie razi. Najdziwniej się czuję czytając intymne wyznania czy życzenia, to dla mnie coś tak osobistego, że absolutnie nie powinno być pisane publicznie.

  • Piszesz, że media społecznościowe skłaniają nas aby się dzielić, i że wszyscy to robią. Ja myślę, że to nie media społecznościowe tylko ludzie chcą się dzielić i często przekraczają pewne granice, nawet o tym nie wiedząc. Z drugiej strony jest wciąż zaskakująco wiele ludzi, którzy w tym nie uczestniczą wcale, czyli nie mają kont nigdzie, bądź są bardzo oszczędni w tym co pokazują. I mnie to bardzo cieszy… Pozdrawiam..

    • Racja, taka jest natura ludzka, że chętnie się dzielimy, ale ilość mediów społecznościowych i dostęp do nich tę naturę podkręca 🙂

  • Paulina

    To tak jak z samym ślubem. Możesz powiedzieć Ukochanemu do ucha, że nie opuścisz go aż do śmierci, ale to samo powiedziane głośno, w tłumie (często częściowo obcych) ludzi i przyklepane stosownym papierem nabiera szczególnej wagi.

    • Nie do końca się zgodzę z tym porównaniem. Ślub to dość szczególne wydarzenie, jednorazowe złożenie przysięgi, często ze względów religijnych, dodatkowo usankcjonowane wielowiekową tradycją. Wiele osób zresztą decyduje się na prywatne, ciche śluby, bez tej całej otoczki. Bardziej bym to porównała do zaręczyn, które (jak dla mnie) były właśnie takim szepnięciem sobie do ucha, że na całe życie. I potem można się chwalić całemu światu, owszem. Jednak już wrzucanie do sieci zdjęcia pierścionka w pięć minut po zaręczynach, jest dla mnie dziwne.

  • nigdy nie mów nigdy 😉

    niektórzy lubią publicznie wyznawać sobie miłość, inni wolą we własnym zaciszu. kwestia preferencji. tak jak z tą relacją z depilacji 😉

    • Właśnie jest różnica! W każdym razie – dla mnie jest 😉 Bo depilacja to w gruncie rzeczy zwykła, codzienna czynność. A słowa miłości są już (powinny być) wyjątkowe, szczególne. Ale masz rację – jest to kwestia preferencji. Tylko ja się właśnie tym preferencjom dziwię, do relacji z depilacji się już przyzwyczaiłam 😉

  • Też nigdy bym nie opublikował takich rzeczy na fb, czy innych podobnych miejscach, ale w pewnym sensie rozumiem czemu to robią – chcą się pochwalić sobą 🙂 Generalnie jest dużo gorszych rzeczy co niektórzy wypisuja na tych portalach

  • Dzisiaj zauważyłam, że na Facebooku świętuje się już wszystko – pierwsze kroki dziecka, pierwszy ząbek, kupienie samochodu… Żyjemy w czasach gdzie Internet stanowi bardzo ważną część naszego życia stety lub niestety i czuje, że ta moda będzie jedynie postępować. 🙂

%d bloggers like this: