Niektórych książek nie powinno się czytać zbyt szybko

księgi_jakubowe_tokarczuk

Czyli jak zepsułam sobie lekturę Ksiąg Jakubowych.

Od kiedy tylko zobaczyłam najnowszą Tokarczuk w księgarni, wiedziałam, że MUSZĘ ją przeczytać. Pięknie wydana, gruba powieść historyczna to musiało być coś dla mnie. Kiedy ogłoszono nominacje do Nike 2015 dostałam dodatkowego kopa motywacyjnego, żeby po nią sięgnąć. Ucieszyłam się więc niezmiernie, kiedy na szafce nocnej mojego taty zobaczyłam świeżutki, pachnący egzemplarz. Był maj. Prędko zaklepałam sobie, że jak tylko mój rodziciel skończy czytać, za książkę zabieram się ja. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie dość niepokojący fakt: tata czytał ją w tempie dwóch stron na dobę… Taka prędkość mu się podobała. Jego prawo. Tylko biorąc pod uwagę, że Księgi mają coś koło 900 stron, być może udałoby mi się je przeczytać w przyszłym roku… Być może… Po długich negocjacjach wyrwałam ją dla siebie na tydzień. Tydzień. Na 900 stron, przy małym dziecku i sporej ilości obowiązków. Nie muszę chyba wspominać, że nie dałam rady? 😉 Przedłużyłam pobyt Tokarczuk u mnie w domu o kilka dni i raptem problem jej szybkiego zwrotu zniknął, bo pewnego uroczego sobotniego poranka zalałam kawą siebie, łóżko i tę piękną książkę właśnie. Tata dostał nowy egzemplarz, a ja egzemplarz zalany kawą, ale za to taki, którego nie muszę oddawać 🙂 I mimo, że zostało mi zaledwie 150 stron, z radością odłożyłam Księgi na półkę. Miałam dość. Byłam tak potwornie zmęczona tą książką. Kiedy na nią patrzyłam, robiło mi się niedobrze. Bez sensu, prawda?

Bo to nie jest tak, że nie lubię szybko czytać grubych powieści. Lubię bardzo. Są takie książki, które połyka się jednym tchem. Tak było z sagą Martina, z Filarami ziemi, ze wszystkimi książkami Sapkowskiego (nie takie grube, ale czytane na raz dają już niezłą ilość stron!) czy Wyznaję Cabre. Oczywiście takich pozycji jest dużo, dużo więcej. Bierzesz do ręki i nie możesz się oderwać, dopóki nie skończysz. Jednak Księgi Jakubowe do nich nie należą. Dlaczego?

Otóż najbardziej podobał mi się w tej powieści język. Piękny, delikatny, jakby utkany z lekkiej pajęczyny. Taki którym można się delektować bez końca. Który jest wartością samą w sobie. Nie można takiego języka potraktować szybkim przewracaniem stron. W nim się trzeba zanurzyć. Szybkie czytanie niestety na to nie pozwala. Przynajmniej mi nie pozwala, może są na świecie ludzie, którzy potrafią czytać w tempie ekspresowym i do tego się rozkoszować lekturą? Ja nie.

Po drugie, Księgi Jakubowe to nie jest powieść przygodowa, w której wydarzenia następują po sobie z prędkością światła, a czytelnik przewracając strony czuje dreszczyk emocji. Tu wszystko dzieje się wolno, trochę sennie, w swoim własnym rytmie. Bez zbędnego pośpiechu. I tak tę książkę należy czytać. Spokojnie, uważnie. Dużo w niej fragmentów dających do myślenia, takich, przy których warto się na chwilę zatrzymać, zastanowić. Pełna jest nienachalnych refleksji o religii, Bogu, życiu, naturze zła. Szybkie czytanie w tym wypadku bardzo odbiór książki spłyca.

Zresztą sama forma, w której wydane zostały Księgi zachęca do celebracji lektury. Twarda oprawa, piękny papier, odwrotnie numerowane strony, ryciny z epoki, nawet czcionki są dopasowane do narratora. Jest to prawdopodobnie najpiękniejsza książka, jaką trzymałam w dłoniach. Wydawcy należy się za to ogromny plus. Czytelnik zaś powinien to docenić.

Jednak mam wrażenie, że przy całym tym estetycznym pięknie, przy mistrzostwie języka, wielości mądrych i dających do myślenia fragmentów, w tej powieści czegoś mi zabrakło. Nie do końca zrozumiałam, o czym (poza oczywiście podstawową warstwą fabularną, którą jest historia Jakuba Franka – założyciela żydowskiej sekty) ta książka tak naprawdę jest. Niby wiem, że o życiu, o wierze, ale gdzieś umknął mi ogólny zamysł, jakby trochę rozmył się w wielości form. Tylko teraz nie wiem, czy to dlatego, że przeczytałam Księgi zbyt szybko, czy po prostu im czegoś brakuje? Nie wiem i zapewne nigdy się nie dowiem, bo aż tak bardzo mi się nie podobały, żeby sięgnąć po nie po raz kolejny. Co nie znaczy, że nie warto ich przeczytać. Warto. Tylko może trzeba się w nie lepiej wgryźć.

Moja ocena: 7/10

  • Czaję się na tę książkę od jakiegoś czasu, ale nie będę ukrywać, że właśnie je jgrubość mnie odstrasza- najczęściej kończę takie książki gdzieś przed połową i potem do nich już nie wracam…. ale zainteresowałaś mnie nią na nowo! 😉

    • Ja potrafię odłożyć książkę, która mnie zmęczy nawet na pół roku, ale zazwyczaj do niej wracam 🙂

  • Zdecydowanie, np.: taką książkę jest Drach – Twardocha, jest niesamowita, i trudna – takie najbardziej lubię.

  • Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz do książki!
    Stałam właśnie przed decyzją czy kupić ją (w promocyjnej cenie;) w formie ebooka na chorwackie wakacje, do poczytania na plaży. Ale po przeczytaniu twojej opinii zdecydowanie zostawiam ten zakup na zimę i w formie papierowej. Na spokojne, zimowe wieczory myślę, że będzie się nadawać bardziej niż na szybkie wakacje.

  • Pingback: "Fatum i furia" Lauren Groff - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: