O byciu rodzicem kulturalnym

kulturalny_rodzic

I nie chodzi mi tu wcale o kulturę osobistą 😉

Kiedy rodzi się dziecko, świat staje na głowie. Zmieniają się priorytety, a czas jest towarem tak cennym, jak deficytowym. Najważniejszy staje się mały, robiący w pieluchy Ssak, którego kocha się miłością absurdalną i przeogromną.

Najbardziej hardkorowe są oczywiście początki, kiedy każda (dosłownie: każda) czynność wykonywana przy młodym Ssaczynie-Ulewaczu to wyzwanie do którego absolutnie niezbędna jest konsultacja z wujkiem Guglem i stryjem Jutubem. Potem człowiek powoli zaczyna rozumieć, że od pojedynczego błędu w pielęgnacji świat się nie wali, a jego dziecko nie dostanie od razu ciężkiej śmiertelnej choroby, jeśli pomyli on przychodnię dziecka zdrowego z przychodnią dziecka chorego i spędzi w tej drugiej dziesięć minut beztrosko spacerując ze Ssakiem przypiętym do fotelika… Uczy się też pewnej regularności, rutyny i wszystkie czynności wykonywane przy Młodym normalnieją, jest więcej czasu na przeglądanie pudla i fejsa, a nawet czasem można zrobić pedicure. I choć dojrzewające Młode z każdym dniem wymaga coraz większego zaangażowania (mniej śpi i niby trzeba go rozwijać, stymulować, przytulać, wozić na dwór, bla bla bla) to jednak w rodzicu pojawia się coś na kształt spokoju wewnętrznego, który w wolnej chwili pozwala zająć się czymś innym niż przeglądanie książek o niemowlętach i internetu parentingowego. I to jest właśnie ten moment w którym wracamy powoli do realizowania siebie, swoich hobby i pasji. W moim przypadku był to przede wszystkim powrót do szeroko rozumianej kultury. Jak mi to wychodzi?

Czytanie książek

Kiedy zaszłam w ciążę jednym z moich niewielu zmartwień było to, czy po narodzinach Buberta będę miała czas na czytanie. Jak się okazało czynność ta przy Bubercie jest prosta i jak najbardziej możliwa.

Przede wszystkim polecam tu bardzo karmienie piersią. Bo choć na początku ciężko się ogarnąć i trzeba się skupiać na tym niemalże w stu procentach z czasem staje się to rutyną. A wtedy książka w dłoń i jedziemy z koksem. Szczęśliwie syn mój potrafi czasem biesiadować nawet przez godzinę 😉

Równie dobrym rozwiązaniem są audiobooki, które można puszczać przy różnych domowych pracach, prasowaniu, spacerach, a także przy karmieniu. Próbowałam, polecam. Poza tym czytać można małymi fragmentami, w każdej chwili wyrwanej z opieki nad Ssaczyną.

Codziennie staram się też znaleźć taki moment, kiedy Bubi śpi, a ja robię sobie kawę/uwalam się w ogródku na leżaku i czytam jak za dawnych, nierodzicielskich lat. To taka mała chwila tylko dla mnie i nagroda za bycie dzielną matką.

Oglądanie seriali

Na pewno z łatwością można odświeżyć sobie swoje ulubione klasyki (ja męczę Przyjaciół Jak poznałem waszą matkę) na przykład przy prasowaniu. Wiadomo co się wydarzy, więc nie trzeba zbyt uważnie i dokładnie oglądać, a przyjemność jest ogromna. Wszyscy przecież wiemy, że obserwowanie po raz setny Rossa próbującego mleka z piersi jest równie przyjemne jak za pierwszym razem.

Da się też bez większych problemów obejrzeć coś nowego. Serial ma to do siebie, że jest krótki i nawet niezbyt długa ssacza drzemka daje szansę na oderwanie się od rzeczywistości. Seriale oglądać da się jak najbardziej, również podczas karmienia, a te mniej angażujące nawet podczas zabawy.

Oglądanie filmów

Zapewne w niektórych domach oglądanie filmów jest równie proste, co dla mnie oglądanie seriali czy czytanie książek. U nas natomiast jest to prawdziwa tragedia. Od narodzin Ssaka (a to już sześć tygodni) nie widziałam w całości ani jednego filmu. Ani jednego! Przyczyna tego stanu rzeczy jest banalna. Filmy lubię puszczać wieczorem, w towarzystwie Pawła – rano i w ciągu dnia nie ma atmosfery, klimatu, czasu. Wieczorne godziny natomiast są to te godziny w czasie których syn rozkręca ostrą imprezę – z zabawą, czytaniem książeczek, ulewaniem, marudzeniem i on sam wie czym jeszcze. Rano natomiast jest raczej spokojny, co umożliwia sprzątnięcie mieszkania, zrobienie prania, pisanie bloga, czy czytanie książki właśnie. Raczej – bo kiedy piszę (jest 10:30) te słowa jednocześnie się bawimy. To się nazywa wielozadaniowość….

W każdym razie, o ile książki mogę czytać o każdej porze dnia i nocy filmu nie jesteśmy w stanie zobaczyć w całości. Dr No oglądamy już dwa dni i jeszcze nie skończyliśmy. Raz ssak dał nam pół godzinki swojego lekkiego snu, raz my padliśmy jak muchy po dziesięciu minutach seansu.

Jednak nawet jeśli filmowa sytuacja w domu jest równie tragiczna co u nas – nie należy się poddawać 😉 Można przecież oglądać film partiami. Lepiej tak, niż w ogóle…

Innym sposobem jest puszczanie filmów już znanych i lubianych. Mechanizm taki jak w przypadku seriali i nic się nie stanie jeśli nie dokończycie seansu, gdy Ssak wrzaskiem oznajmi swą obecność lub Wy odpłyniecie tuż po przyjęciu weselnym w domu rodziny Corleone.

Wyjścia do teatru, kina, koncerty i inne

Przyznam – jeszcze tego nie próbowaliśmy. Na pewno odpada wyjście z udziałem Buberta, to raczej oczywiste. Na pewno też nie będziemy już ludźmi, którzy chodzą do kina raz w tygodniu, a do teatru średnio raz w miesiącu. To se ne vrati.

Mamy natomiast to szczęście (albo świadomy wybór), że tuż pod naszym nosem mieszkają dziadkowie chętni do opieki nad naszym Ssakiem. Zajmowali się nim już parę razy, kiedy musieliśmy wyskoczyć na zakupy i Bubi wrócił do mnie zadowolony, zrelaksowany i w pełni szczęśliwi. Zachęceni wybieramy się (mam już zarezerwowane bilety) za trzy tygodnie do teatru na pierwsze poważne wyjście bez syna 🙂 Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie bliskość i zaangażowanie mojej mamy. Bez niej ten aspekt mojego życia kulturalnego zanikł by zupełnie, bo nie wyobrażam sobie zostawienia Bubiego z jakąś obcą babą (brrrrr).

Więc to czy rodzic ma możliwość wyjścia z domu raz na jakiś czas celem kontaktu z dorosłą kulturą zależy wyłącznie od tego czy ma z kim zostawić swoje dziecko.


Podsumowując: mając w domu niemowlę można nadal się rozwijać. Można czytać książki, oglądać seriale, a nawet przy odrobinie samozaparcia filmy. Można prowadzić bloga. Można kontynuować swoje pasje. Można pomalować paznokcie. Wymaga to co prawda większego skupienia, zaangażowania i wielozadaniowości i nie można się spodziewać, że będzie równie proste czy częste co przed ciążą, ale to wszystko jest jak najbardziej możliwe 😀 Ufff!

  • Komentarz trochę na marginesie, ale na zdjęciu jest książka Elizabeth Gaskell <3 Czytałam "Żony i córki", były przewspaniałe i rewelacyjne, muszę się zabrać i za inne pozycje. A jak Twoje wrażenia?

    • Gaskell jeszcze przede mną, czeka na razie w kolejce. Mam jeszcze „Panie z Cranford” 🙂 Dużo sobie po niej obiecuję, bo słyszałam o niej duuużo dobrego i uwielbiam dziewiętnastowieczne powieści 🙂

%d bloggers like this: