O książce, która nie chwyta za serce

szum

Kolejna powieść nominowana w tym roku do Nagrody Literackiej Nike za mną. Poprzednio pisałam o Drachu Szczepana Twardocha (klik), który mnie zachwycił (jeszcze tylko przeczytam jego Wieczny Grunwald i o ile będzie tak samo dobry jak Drach Morfina (klik), to ogłoszę go moim ulubionym polskim pisarzem!). Z nadzieją więc sięgnęłam po Szum Magdaleny Tulli, tym bardziej, że naczytałam i nasłuchałam się wyjątkowo pozytywnych opinii o tej książce. I co? I nico 😉

Odległa galaktyka

Szum to nie jest zła powieść. Ba, mogę nawet napisać, że jest to prawdopodobnie powieść całkiem niezła. Mogę, bo mniej więcej rozumiem motywy osób, które się Szumem zachwycają. Dla mnie jednak ten rodzaj literatury to odległa galaktyka, która mnie nuży, zniechęca, której po prostu nie potrzebuję. Szum to moja pierwsza styczność z twórczością Magdaleny Tulli i myślę, że przynajmniej przez jakiś (dłuższy) czas z tą panią się nie spotkamy. Dlaczego?

Kocham czytać rozbudowane powieści, w których autor tworzy bogaty, pełnokrwisty świat. Uwielbiam odwzorowujące przeszłość powieści historyczne w stylu Medicusa, tworzącą rzeczywistość od nowa fantastykę (Tolkien, Sapkowski, Le Guin, Martin), wielowątkowe sagi obyczajowe (Pogoda dla bogaczy Irwina Shaw, proza Steinbecka, Dwór Spuścizna Singera), uwielbiam też klasykę literatury (teraz na tapecie jest Wojna i pokój). To są typy książek, które biorę w ciemno. Kręci mnie doskonale skonstruowany świat, wielowątkowość, bogactwo bohaterów i szczegółów. Uwielbiam grube powieściska, w które wchodzę na wiele godzin. Oczywiście nie jest tak, że czytam tylko tego typu książki. Robię liczne wyjątki i jeśli styl i sposób pisania autora mi odpowiada, to chętnie sięgam też po bardziej ascetyczną, delikatną literaturę (jak choćby ulotna proza Alice Munro), reportaż (klik), czy rzeczy wręcz eksperymentalne (klik). Jednak w stosunku do tych mniej lubianych rzeczy jestem już zdecydowanie bardziej wymagająca.

Ten długi wstęp napisałam po to, byś Drogi Czytelniku zrozumiał główny powód, dla którego Szum mi się nie spodobał. To po prostu nie jest mój typ literatury, a nie jest to książka wystarczająco dobra, żebym miała się nią w drodze wyjątku bezbrzeżnie zachwycić.

Bo Szum to książka utkana delikatnie, prosto, cicho. Szeptem opowiada o emocjach, próżno szukać w niej tego tak uwielbianego przeze mnie bogactwa. Jeśli więc ktoś lubi takie rzeczy, to Szum prawdopodobnie mu się spodoba. Ja jednak nie dałam się porwać, bo zbyt wielu rzeczy mi w tej książce zabrakło. A przede wszystkim zabrakło emocji.

Nie te emocje, nie te tematy

Prosta i krótka historia kobiety, która boryka się z demonami dzieciństwa, historia o dziedziczeniu życiowych traum, o społecznym postrzeganiu inności, o życiu, o cierpieniu, o odrzuceniu, powinna chwytać za serce i nie puszczać, wzbudzić we mnie gorące emocje. Magdalenie Tulli się to nie udało. Szum czytało mi się trochę tak, jak przepis na ciasto – zupełnie bez ekscytacji, pasji. Nie porwała mnie ta historia, nie potrafiłam się utożsamić z bohaterką, nie potrafiłam i nie chciałam jej zrozumieć. Być może wynika to z braku tego typu doświadczeń – mnie rodzice kochali i bronili, nie odziedziczyłam też po nich żadnej większej traumy – trudno mi więc wzruszyć się tym, co jest mi tak dalekie, zupełnie mnie takie tematy nie kręcą. Być może wynika to ze sposobu pisania autorki. Nie wiem. Wiem tylko, że się trochę wynudziłam.

Chemii językowej brak

Kolejną kwestią, która mnie mocno zniechęciła już od pierwszych stron, był język. Niby prosty, ale silący się na coś więcej. Niby ładny i daleki od posądzeń o grafomanię, ale zupełnie, zupełnie nie mój. Nie wiem, czy też tak macie, że czasami zachwyca was jakaś książka wyłącznie ze względu na język, którym posługuje się autor? Do tego stopnia, że macie się ochotę w tych słowach wytaplać i wykąpać, że nawet mimo ich pozornej prostoty albo przeciwnie – mimo zawiłości, po prostu, nie do końca wiadomo dlaczego się zakochujecie? Że między Wami a autorem musi zaiskrzyć? Ja tak mam, a ze sposobem pisania Magdaleny Tulli ewidentnie mi nie po drodze.


Brak emocji podczas lektury, zupełnie dla mnie nieatrakcyjny język oraz obce mi tematy sprawiły, że Szum zupełnie do mnie nie przemówił. A że dodatkowo jest to typ literatury, po który sięgam najmniej chętnie, nie może dziwić to, że bardzo mnie ta książka zawiodła. Mimo to myślę, że warto się z Szumem zapoznać, bo jest to akurat ten typ prozy, która z nie do końca zrozumiałych przyczyn jednych mocno chwyta za serce i za cholerę nie chce puścić, a innych pozostawia zupełnie obojętnymi. Do której kategorii będziesz należał Ty, Drogi Czytelniku? Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz.

Moja ocena: 5,5/10

  • „Dla mnie jednak ten rodzaj literatury to odległa galaktyka, która mnie nuży, zniechęca, której po prostu nie potrzebuję.” – miałam tak samo, kiedy kilka lat temu po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Tulli. Jedną jedyną. Przynajmniej mam argument na to, że nie tylko dla mnie jest ciężkostrawna 🙂

  • W takim razie po skończeniu debiutu Alicji Makowskiej „Aremil iluzjonustów. Wschodnie rubieże” trzeba będzie wziąć na tapetę Magdalenę Tulli (Tullę – skoro wszystkie nazwiska powinno się odmieniać przez przypadki :))

%d bloggers like this: