Każdy ma swoje macierzyństwo

projekt_matka_1

No i Hubiś jest już z nami. Trochę musieliśmy się namęczyć i posiedzieć w szpitalu, ale najważniejsze, że jesteśmy już razem w domu i uczymy się siebie nawzajem. Nie muszę oczywiście wspominać, że jest najzajebistszym dzieckiem świata? Ten tekst napisałam jeszcze w ciąży, tuż przed zamknięciem mnie na Oddziale Patologii Ciąży Szpitala Copernicus w Gdańsku (nie polecam, ale to już temat na zupełnie inny wpis…). W każdym razie publikuję go w stanie nie zmienionym, bo od godziny piętnastej 2 czerwca 2015 r. w moim podejściu do chowu dziecka właściwie nic się nie zmieniło.

Jak tak teraz o tym myślę, to jednak będąc w ciąży powinnam była zapoznać się z jakąś książką o pielęgnacji niemowląt… Ja natomiast, nieodmiennie wierząc w swój wewnętrzny, pierwotny instynkt, wiedzę ze szkoły rodzenia oraz filmiki instruktażowe na YouTubie, ograniczyłam się do sporadycznej lektury biblii wszystkich ciężarnych, czyli W oczekiwaniu na dziecko Heidi Murkoff oraz spontanicznie kupionej na wyprzedaży w Media Markt książki autorstwa Małgorzaty Łukowicz Projekt matka. No cóż… Liczę na spontan 😀 W każdym razie, o ile czytanie W oczekiwaniu na dziecko przyniosło mi przede wszystkim rzetelne i potwierdzone później przez mojego lekarza informacje na temat dręczących mnie wątpliwości, tak Projekt matka wywołał u mnie pewną dość istotną refleksję. Którą dzisiaj się z Wami dzielę. 

Historia jak każda inna.

Projekt matka to prawdziwa historia kobiety, która w okolicy trzydziestych urodzin zdecydowała, że jednak chce mieć dziecko i takowe sobie wraz z mężem wyprodukują. Po kilku miesiącach bezowocnych prób produkcja się udaje i tak oto nasi bohaterowie stają przed wyzwaniami, które można podsumować tak: ciąża, noworodek, dziecko, następna ciąża, noworodek plus dziecko, dzieci plus następna ciąża, trójka inteligentnych, rozkosznych i niezwykle absorbujących dzieci. Plus praca zawodowa, właściwie przez cały czas. Na kartach tego reportażu/ pamiętnika (?) obserwujemy ewolucję od singielki zajętej głównie własną wagą i stanem skóry na brzuchu, do pełnoetatowej matki, która próbuje łączyć wszystko – prowadzenie domu, wychowanie dzieci, pracę i rozwój intelektualny.

Sama książka mnie jakoś specjalnie nie powaliła. Ot, historia jak każda inna. Setki takich można przeczytać w internecie, posłuchać od bardziej doświadczonych koleżanek czy naszych mam, obejrzeć w telewizji. Do tego język, jakim posługuje się autorka, jest bardzo specyficzny, używa ona takiej ilości skomplikowanych, trudnych i niecodziennych słów, że aż boli głowa. Nie żebym ich nie rozumiała czy potrzebowała słownika do odczytania właściwej treści. Uważam to jednak za przesadę i niezbyt przyjemną, a przede wszystkim zupełnie niepotrzebną manierę.

Małgorzata Łukowicz z Marsa, Madzia z Saturna.

Również bohaterka do mnie nie przemówiła. Zwłaszcza w początkowej części, w której przechodzi ona przez proces decyzji o potomstwie, płodzenia tegoż, a następnie noszenia progenitury w swym rozciągniętym łonie. W moim przypadku decyzja o posiadaniu dzieci nie była właściwie decyzją, tylko oczywistym, kolejnym krokiem w życiu. Konkretny moment powiększenia rodziny oczywiście (czy raczej: na szczęście!) był bardzo świadomy i zaplanowany już kilka lat wcześniej; również wiele decyzji, które w życiu podjęłam, pokierowanych było założeniem, że będę miała dzieci i będę dla nich matką na miarę swoich na ten temat wyobrażeń. Również zamiar posiadania większej ilości potomstwa, niż jeden mały Bubert, jest dla mnie w tej chwili oczywisty i nie tak odległy w przyszłości (nie chcę się jednak deklarować, bo może Młody tak da nam w kość, że decyzję o poszerzeniu rodziny B. podejmiemy za dziesięć lat 😉 ). Nie należę też, w przeciwieństwie do autorki, do osób przesadnie przejmujących się swoim wyglądem. Trudno mi więc było postawić się na jej miejscu i w jakikolwiek sposób z nią utożsamić (na co kupując Projekt matka po cichu liczyłam), bo Małgorzata Łukowicz pochodzi z zupełnie innej planety. Nie twierdzę, broń mnie internecie, że z planety gorszej. Tylko z zupełnie, zupełnie innej. Potem natomiast ciężko mi się było odnieść do decyzji i życia bohaterki, bo póki co nie mam bladego pojęcia jak wygląda życie rodziny, w której wychowuje się coś więcej niż kota.

Jednak mimo tych niedoskonałości uważam, że Projekt matka to pozycja jak najbardziej warta przeczytania. Dlaczego? Bo zawsze warto poznawać życie i podejście do niego innych osób. Zawsze możemy się czegoś nauczyć, zawsze możemy zmienić na chwilę perspektywę. Ale przede wszystkim ze względu na wypływające z niej przesłanie. Bo jest w niej coś, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, szczególnego. Coś co skłania mnie do refleksji. 

Każdy ma swoje macierzyństwo.

Otóż każdy, kto postanowił zagłębić się w odmęty rodzicielskiego internetu (lub koleżeńskich rozmów), wie, że w dzisiejszych czasach tłumy młodych matek (zresztą nie tylko matek) znają receptę na JEDYNE SŁUSZNE MACIERZYŃSTWO. Nie karmisz piersią? Jesteś złą matką, trującą swoje dziecko. Chcesz szybko wrócić do pracy? Jesteś matką jeszcze gorszą, szatana uosobieniem. Masz rogi i kopyta. Dziecko ma osobny pokój i nie śpi z Wami w łóżku? Jesteś w dziewiątym kręgu piekła, poniżej poziomu mułu rzecznego. I tak dalej, i tak dalej. A ja, nie mając póki co bladego pojęcia, jak będzie wyglądało nasze wspólne życie z Bubertem (bo nawet jeśli podjęłam już pewne decyzje odnośnie jego warunków bytowych i wyborów dietetycznych, to przecież praktyka może wszystko obrócić o 180 stopni) stwierdzam: litości? Czy naprawdę ludzie nie mają co robić, tylko nawracać na JEDYNE  SŁUSZNE MACIERZYŃSTWO?

No bo w sumie skąd tak na sto procent wiadomo, że tak bardzo promowane w dzisiejszych czasach rodzicielstwo bliskości nie spowoduje, że wyrośnie nam pokolenie maminsynków albo zwichrowanych seksualnie dziwaków? Kto daje gwarancję, że metody wychowawcze, które akurat dzisiaj stały się modne, nie są w rzeczywistości dla dziecka szkodliwe? W końcu, czy to karmienie piersią rzeczywiście jest takie super ważne? Wszyscy twierdzą, że tak. Ale tak poważnie: moja mama karmiła mnie piersią przez trzy miesiące. Jestem normalna, inteligentna, mam końskie zdrowie (badam się regularnie, więc wiem), od lat jestem w szczęśliwym i udanym związku i ogólnie nie mam jakiś problemów w życiu. Nie czuję się przez ten dramatycznie krótki okres laktacji skrzywdzona. W żaden sposób.

I nie chodzi mi absolutnie o to, że Bubert będzie chowany w surowym klimacie, bez miłości, bliskości i maminego cycka, a ja nie spojrzę nawet na modne książki o hodowli dzieci. Nie. Miłość, bliskość ma jak w banku. Cycek? Mam nadzieję, że też. Książki – już do nas jadą kurierem 😉 Chodzi mi natomiast o to, że wiem, już dzisiaj wiem na pewno, że popełnimy z Pawłem całą masę błędów wychowawczych, które nasz syn za lat siedemnaście z radością i satysfakcją nam wytknie. Choćbyśmy się nie wiem jak starali, działali zgodnie z najnowszymi trendami w rodzicielstwie i najważniejszymi badaniami i tak coś spartolimy. Tak jak spartolili coś nasi rodzice. I wszyscy inni rodzice świata. Bo jesteśmy tylko ludźmi. Popełniamy błędy. Bo nigdy tak naprawdę nie wiemy, jakie efekty będzie miało nasze działanie w przyszłości. A w materii tak delikatnej jak wychowywanie i kształtowanie młodego człowieka o błędy i niewiadome jest tym łatwiej.

Dlatego też w macierzyństwie i rodzicielstwie zamierzam zdać się na instynkt. Na swój własny zdrowy osąd. W końcu: na tę wielką, wielką miłość, którą już dzisiaj czuję do naszego cudownego syna, który już dziś jest najważniejszą istotą w moim życiu (należę do tych kobiet, które dziki instynkt macierzyński czują jeszcze w okresie prenatalnym).  Z pełną świadomością, że gdzieś na pewno popełnię błędy.

I przy całej literackiej przeciętności Projektu matka jego przesłanie jest bardzo, bardzo ważne. Każdy rodzic powinien je zapamiętać:

Nie boję się błędów wychowawczych, może to dowód na brak rozumu. Nie wierzę, że istnieją skuteczne instrukcje obsługi inne od „kochaj mądrze”. Wierzę w swój instynktowny rozsądek (…). Chciałabym, żebyśmy nie utracili bliskości.

Każdy rodzic powinien iść swoją własną drogą. Pani Małgorzata Łukowicz poszła własną, ja pójdę swoją, eko-matki pójdą swoją, matki zupełnie-nie-eko skręcą w ogóle w inny korytarz. I póki wybór drogi podyktowany jest miłością, póki dziecku nie dzieje się krzywda (prawdziwa krzywda, taka że trzeba wzywać pomoc społeczną albo policję) to dajmy sobie wszyscy święty spokój. Dzielmy się doświadczeniami, ale pamiętajmy też, że nie ma jednego słusznego patentu na wychowanie, nie ma jednej słusznej drogi. I zanim kogoś skrytykujemy, zapytajmy siebie, czy to my przypadkiem nie popełniamy gdzieś błędu. Bo w sumie co daje nam pewność, że nie?

A zamiast spędzać radośnie czas na nawracaniu innych na JEDYNE SŁUSZNE MACIERZYŃSTWO pobawmy się z własnym dzieckiem. A jak dziecko śpi: to z mężem. A jak facet śpi (albo ogląda jakieś badziewie z piłką nożną), to poczytajmy coś mądrego, wcale niekoniecznie kolejną niezwykle ważną i nowatorską pozycję o wychowywaniu dzieci. Może raczej coś z klasyki literatury?

%d bloggers like this: