Drach i Nagroda Literacka Nike

Po najnowszą powieść Szczepana Twardocha sięgnęłam z nadzieją. Morfina (o której pisałam tutaj) bardzo mi się spodobała i miałam nadzieję, że przygoda z Drachem będzie dla mnie równie udana.

Dodatkowo do szybkiego przeczytania powieści zachęciła mnie nominacja do nagrody Nike. To już kolejny rok, w którym obiecuję sobie, w ramach zbliżenia się z literaturą polską (z którą, jak pokazują moje tegoroczne statystyki przeczytanych książek – dwanaście z nich została napisana przez polskich autorów – wcale nie jest mi tak bardzo nie po drodze), przeczytać większość nominowanych pozycji. Nie twierdzę, że wszystkie, bo też i pewnie nie starczy mi na to czasu. W końcu ktoś musi wychowywać Buberta (swoją drogą już powoli nadchodzi czas wyjścia…), pisać bloga (wpis raz na tydzień w pełni by mnie satysfakcjonował, niestety ostatnio nawet na tyle nie mam sił), oglądać filmy i seriale, czytać inne, nienominowane do Nike książki, zastanawiać się (aktywnie) nad swoją zawodową przyszłością, urządzać mieszkanie, spotykać się z ludźmi, podróżować (dziecko nie będzie tu przeszkodą!) i w ogóle żyć aktywnie. Także przeczytam tyle, ile przeczytam, a swoimi wrażeniami z pewnością się z Wami podzielę. I przyznam na koniec swoją własną nagrodę najki 😀

W każdym razie, nie przedłużając, oto moje wrażenia po przeczytaniu Dracha. W trzech punktach.

Forma

Twardoch zachwyca mnie przede wszystkim swoim niezwykłym słuchem. Dobry pisarz powinien mieć słuch doskonały, wyłapywać rytm zdań, melodię słów, język postaci i łączyć to wszystko w piękną całość. Ta sztuka zarówno w Morfinie, jak i w Drachu wychodzi autorowi bardzo dobrze i dzięki temu dość mocno udziwniona forma nie odbija się czkawką. Nie ma nic gorszego niż kiepski/przeciętny/przygłuchy pisarz, który próbuje być oryginalny i nowatorski językowo. Natomiast osobom obdarzonym prawdziwym talentem takie eksperymenty wychodzą tylko na dobre. Nie męczą, a stanowią dodatkową atrakcję dla czytelnika.

Nie da się natomiast ukryć, że ten transowy, rytmiczny sposób pisania, połączony z licznymi powtórzeniami, skądś (czytaj: z Morfiny) już bardzo dobrze znamy. Nowością są natomiast utrudniające lekturę nieprzetłumaczone dialogi pisane w gwarze śląskiej i języku niemieckim. Z jednej strony irytują one czytelnika (no bo kto normalny czyta książki ze słownikiem?!). Z drugiej nadają historii ciekawą formę, a nie próbując ich tłumaczyć, też z łatwością zorientujemy się w postępie fabuły.

Również postać narratora jest zbudowana podobnie jak w poprzedniej powieści. Tutaj jest to tajemniczy Drach (latawiec, smok, ziemia śląska?), który jest istotą (?) wszechwiedzącą, wszechobecną i zupełnie obojętną na losy ludzi. Bo przecież nic nie ma znaczenia, bo przecież i tak wszyscy ostatecznie rozpłyną się w nim, w Drachu. Nie przeszkadzały mi w odbiorze powieści skoki w czasie, uprawiane przez Dracha. Raz jesteśmy w roku 1921, by za chwilę przenieść się do roku 2014, potem wrócić szybciutko do 1914, zahaczając o lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Taka jest w końcu istota Dracha – on jest wszędzie, jest wszystkim, jest zawsze, wszystko w nim jest.

Podsumowując: forma niewiele różni się od tej, którą znamy z Morfiny. Wierni czytelnicy powinni być usatysfakcjonowani, marudni mogą marudzić, że to już było i jest nudne. Jednak moim zdaniem Twardoch bardzo się rozwinął, bo o ile Morfina momentami wydawała mi się ładnym pisaniem dla ładnego pisania, to w najnowszej powieści język jest ewidentnym tłem dla opowiedzenia fascynującej historii.

Treść

Drach to saga rodzinna, obejmująca dzieje kilku pokoleń śląskich rodów Magnorów i Gemanderów. Poznajemy ich losy na przestrzeni lat, poczynając od początku dwudziestego wieku, aż do dziś. Trzeba przyznać, że fabuła wciąga. Nic dziwnego, bo przecież historia dwudziestego wieku sama w sobie jest niezmiernie ciekawa i stanowi doskonałe tło. Dodajmy do tego naprawdę dobrze zbudowanych bohaterów, którzy (co bardzo istotne!) są bohaterami na miarę swoich czasów. Twardoch starał się stworzyć ludzkie charaktery w oparciu o epokę, w jakiej przyszło im żyć. Josef Magnor, urodzony na początku dwudziestego wieku, jest zupełnie innym człowiekiem (instynktownym, nie analizującym, prostym) niż jego prawnuk, wybitny i na wskroś współczesny architekt Nikodem Gemander.

Rozczarowało mnie natomiast zakończenie. Trochę banalne, melodramatyczne, z przytupem, łoskotem i chyba niepotrzebne. Nie zdradzając szczegółów, napiszę tylko tyle, że od tak wysmakowanej fabularnie powieści oczekiwałabym czegoś cichego, czegoś spokojnego, czegoś, co dzięki ciszy i delikatności uderza mocno w twarz swoją doniosłością i bolesnością.

Śląskość

Szczepan Twardoch znany jest z tego, że jest Ślązakiem. I Drach jest powieścią przesiąkniętą śląskością – akcja dzieje się w okolicach Gliwic, a duża część dialogów jest napisana w śląskiej gwarze, dużo jest akcentów związanych ze śląskimi tradycjami, jedzeniem, kulturą, historią. Lecz nie tylko. Na kartach swojej książki Twardoch stara się pokazać nam, czytelnikom, na czym ta śląskość polega. Kim jest i jaki jest Ślązak, co go ukształtowało, jak myśli, jak pracuje, jak żyje, jak się zmieniał na przestrzeni lat. Ciężko mi odpowiedzieć na pytanie, na ile jest to analiza trafna, z tej prostej przyczyny, że akurat z tym regionem Polski nie wiąże mnie nic. Obraz, który pojawia się na kartach Dracha, przyjęłam za dobrą monetę, z ogromną ciekawością skupiłam się na poznawaniu natury mieszkańców Śląska.


Drach to naprawdę bardzo dobra książka. Zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Do tego ogromnym plusem jest skupienie się autora na tym, co jest mu bliskie, czyli na Śląsku właśnie. Nie jest może takim objawieniem, jakim była dla mnie Morfina, ale wynika to zapewne z tego, że po prostu Morfina była pierwsza, a jak śpiewał Cat Stevens first cut is the deepest.

Moja ocena: 9/10

%d bloggers like this: