Jakie czasy, taki widz. Jaki widz, takie kino.

887

Ostatnio staram się nadrabiać (spore niestety) zaległości w klasyce kina. Jednym z filmów, który znajdował się na mojej liście must see był Bullit z Alexandrem McQuinnem z 1968 r. Po jego obejrzeniu naszła mnie pewna refleksja, bo podczas oglądania uświadomiłam sobie, jak bardzo na przestrzeni kilkudziesięciu lat zmieniło się kino. I uświadomiłam sobie, że kino się zmieniło, bo i zmienił się człowiek. To, co kiedyś było wzorcem i doskonałą rozrywką, dziś jest czymś niemalże egzotycznym.

Po pierwsze i przede wszystkim: brak zrozumienia

Ale zacząć trzeba od słynnego obrazu z Robertem Redfordem pt. Żądło. Film podobno genialny, wspaniały, dowcipny i ponadczasowy. Cóż… Miałam przyjemność obejrzeć go dobrych parę lat temu i …. nie do końca zrozumiałam, o co w nim chodziło. Może nie powinnam się do tego przyznawać, bo to zapewne straszny wstyd, ale co mi tam 😉 Zresztą nie wiem, jak dzisiaj bym Żądło oceniła, bo jednak bardzo rozwinęłam się w kwestii odbioru kultury od tamtego czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że Żądło mnie wynudziło i zawiodło. Długo nie rozumiałam dlaczego tak się stało. Aż pewnego dnia przeczytałam te słowa:

Przyjęcie filmu jest u nas paradoksalne (…) Mianowicie, powodzenie jest nieprzytomne, zaś jednocześnie odniosłem wrażenie, że widzowie nie rozumieją akcji (…) Odsiedziałem dwa seanse (…); publiczność przyglądała się ze skupieniem należnym głośnemu filmowi, lecz nie chwytała: śmiech wybucha tylko dwukrotnie (…)Tymczasem gdy oglądałem film po raz pierwszy, a było to gdy przypadkowo byłem przejazdem we Francji, tamtejsza widownia pokładała się ze śmiechu bez przerwy. (…) akcja jest zawikłana i wymaga uwagi na każde słowo, jakie pada. Otóż sądzę, że tu właśnie jest bariera w odbiorze i idzie o zjawisko ciekawe oraz szersze: stosunek do słowa. (…) Przywykli do zalewu słów bez znaczenia, słuchacze nie odbierają wypowiedzi, w której każde słowo ma wagę, i chwytają tylko wyrazy wyrwane bądź też opierają sąd na treściach na podstawie ogólnego, dowolnego wrażenia z owego brzęku, który na nich spada.

307777.1

Tak pisał o filmie Żądło, czy też raczej o reakcji polskiej widowni na tenże, Zygmunt Kałużyński w tygodniku Polityka w 1978 r. I choć wzmiankowane zjawisko dewaluacji słów brało się jak mniemam z zalania Polaków charakterystyczną dla okresu komunizmu bełkotliwą nowomową, której szybko nasi rodacy przestali w pełni słuchać, to dzisiaj dostrzegam u siebie (i u innych) identyczne objawy. Tylko przyczyny leżą gdzie indziej.

Brak uważności

Jako widzowie nie jesteśmy uważni. Współczesnemu homo sapiens, który dnie (i noce) spędza w internecie bardzo trudno jest skupić uwagę na jednej rzeczy. Taka dekoncentracja uwagi ma zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki, ale pozostaje faktem: nie koncentrujemy się tak jak kiedyś. Nużą nas dłużyzny, nie potrafimy skupić się na dłuższym fragmencie tekstu, bez problemu zaś przyswajamy kilka wątków na raz. Osobiście uważam, że należy z tym walczyć i ćwiczyć umiejętność skupienia się na jednej rzeczy, jednak kijem Wisły nie zawrócę. Umysł ludzki się zmienia, ewoluuje. Przystosowuje się do nowych, szybszych czasów.

W tym przystosowaniu się do nowych czasów jest jeszcze jeden aspekt – zdobywamy umiejętność wygrzebywania się z zalewu informacji. Nigdy jeszcze człowiek nie był tak molestowany wiedzą. Radio, telewizja, internet, wszechobecne reklamy, nadmiar mało wartościowych (lub zupełnie pozbawionych wartości) treści powodują, że aby przetrwać musimy się nauczyć sortować informacje. Tak jak nasi rodacy w 1978, tyle że z nieco innych przyczyn. Z ręką na sercu: kto czyta wszystkie teksty w internecie od początku do końca? Ja zazwyczaj poszukując wiedzy na konkretny temat przeglądam szybko dany artykuł i wyławiam z niego to co dla mnie istotne. Podobnie zachowuję się oglądając programy informacyjne – potrafię wyłączyć się całkowicie i czytać tylko wiadomości na pasku, zupełnie ignorując toczącą się rozmowę. Albo słuchać, zupełnie nie zwracając uwagi na obraz (który często nie niewiele wspólnego z prowadzoną dyskusją). Nawet kiedy czytam moje ukochane książki, zdarza mi się opuścić stronę albo odpłynąć myślami w inne, odległe od fabuły powieści miejsce. I jeśli moja lektura jest rozrywkowym przerywnikiem, a nie wybitną literaturą, w której liczy się każde słowo, to do nieprzeczytanych fragmentów nie wracam. Bo w sumie po co?

Więc z jednej strony nie umiemy się koncentrować, czy też koncentrujemy się coraz gorzej. Z drugiej od najmłodszych lat trenujemy selekcję napływających do naszego mózgu treści. I tak też większość z nas ogląda filmy. Pół biedy, jeśli siedzimy w ciemnej sali kinowej, wyizolowani od rzeczywistości. Ale w domu? Między dzwoniącym telefonem, esemesami, popiskującym o nowych mailach laptopem oraz wycieczkami do kuchni i toalety, ciężko w pełni wejść w film oraz koncentrować się na każdym wypowiadanym słowie. Ciężko zwłaszcza nam – ludziom współczesnym, wiecznie podłączonym do sieci i informacji.

268945.1

I tu przechodzę do Bullit, świetnego filmu, który podobnie jak Żądło dla wielu współczesnych widzów może okazać się zbyt zawiły. Nie dlatego, że fabuła jest skomplikowana. Nie dlatego, że dialogi są źle napisane. Dlatego, że kiedyś kręcono filmy, które trzeba było oglądać w pełnym skupieniu, z uruchomieniem wszystkich możliwości percepcyjnych, zwracając uwagę na każde wypowiedziane słowo i na każdą, nawet najsubtelniejszą zmianę rozgrywającą się na ekranie. A przecież nie pisano tych scenariuszy dla jakiejś wybitnie wytresowanej w sztuce skupienia grupy intelektualistów, tylko dla przeciętnego widza, który łaknie rozrywki i relaksu. A dzisiejsze kino? O tu już mamy zupełnie inną historię. W przeciętnym filmie rozrywkowym mamy wszystko podane na tacy, wyłożone na stół w najprostszej formie i wbite łopatologicznie do głowy. To co w Bullit zostało powiedziane raz albo (jeszcze większa groza) nie zostało powiedziane wcale, a wynika z toczącej się akcji (jak wizyta detektywa z przyjaciółmi w kawiarni – musimy sami odgadnąć, że teraz jest czas rozrywki bohatera, bo na ekranie nie pada ani jedno słowo o tym, że umówił się na towarzyski wypad), we współczesnym filmie zostałoby podkreślone na tyle mocno, że małpa nie miałaby problemu z wyciągnięciem odpowiednich wniosków. Bo nasz bohater umówiłby się z kumplami telefonicznie, a następnie podczas spotkania westchnął jak to dobrze, że już jestem po robocie. Teraz czas na relaks. Tak na wszelki wypadek, żebyśmy wszyscy dobrze zrozumieli.

Wszystko na szybko

Kolejną rzeczą, która w jakiś sposób mnie w Bullit zadziwiła są dłużyzny. No bo serio. Scena w której karetka pogotowia jedzie do szpitala jest za długa. Scena finałowa jest za długa. Sceny w których obserwujemy poczynania detektywa są często-gęsto za długie. Obserwujemy liczne zbliżenia twarzy bohatera, jego mimikę, wszystko to jest mocno przeciągnięte i chociaż nie raziło mnie jakoś szczególnie, to jednak stanowiło pewien dysonans w stosunku do standardów, do których jestem współcześnie przyzwyczajona, gdzie akcja gna jak szalona, a widz nie ma ani chwili oddechu, ani minuty na refleksję. Pomyślałabym, że może to było zamiarem twórców, żeby zrobić taki rozwleczony, trochę dłużący się, artystyczny obraz. Ale, ale. Przecież Bullit to kino rozrywkowe, sensacyjne, popularne, a nie egzystencjalistyczny Bergman. A przywoływany już przez mnie Kałużyński pisze:

a jednak wydaje się, że nie ma tu ćwierci sekundy zbędnej: nie da wyrzucić się jednej klatki.

I wskazuje na to, że Bullit to wręcz wzorzec porządnego, rozrywkowego kryminału.

A to przecież kolejny znak czasów. Bo my –  współcześni niewolnicy internetu – przyzwyczajeni jesteśmy do tempa. Wszystko musi być szybko. Zdecydowana większość informacji jest dla nas dostępna w kilkanaście sekund, błyskawicznie się przemieszczamy, prędko pracujemy, a nic nie ma dziś takiej wartości jak nasz czas. Dlatego też współczesne kino rozrywkowe skraca. Obcina każdą scenę, która nie popycha akacji do przodu. Bo my nie mamy czasu. Jeśli rozwiązanie zagadki będzie się zbytnio dłużyło, po prostu wyjdziemy z kina. Albo wyłączymy telewizor. Jeśli chcemy rozrywki, to mamy mieć rozrywkę, a nie sto ujęć wyrazu twarzy bohatera. A uznawana za wzorcową scena pościgu samochodowego w Bullit. Jest owszem pełna napięcia, ale też długa, a strzelanie rozpoczyna się dopiero w jej ostatnim momencie. Złoczyńca zanim użyje swojej spluwy, otwiera okno. Nie wybija go kolbą pistoletu – on je grzecznie otwiera.

Wiele wątków? Chętnie!

Z drugiej zaś strony w Bullit zaskakuje jednowątkowość fabuły. Główny bohater rozwiązuje zagadkę i w związku z nią boryka się ze swoim ciężkim i krwawym zawodem. Koniec. Niby jest jakaś relacja z kobietą, ale właściwie służy ona wyłącznie podkreśleniu wymienionych wyżej wątków. A współczesne kino rozrywkowe? Zazwyczaj pojawiają się w tle kwestie rodzinne głównego bohatera, jakieś wątki poboczne, wyraziste postacie drugoplanowe. No jest po prostu na bogato. A w Bullit? Taka trochę posucha fabularna. Ale czy dzisiejszy widz nie potrzebuje stymulacji? W końcu jest przyzwyczajony do robienia stu rzeczy na raz, do przyswajania wielu informacji na raz, to i w kinie potrzebuje wielu wątków na raz. Nie musi się wtedy koncentrować na jednym. I zapewne dzięki temu łatwiej przyswoić mu cały film.

268928.1

Będę trenować mimo wszystko

Ale muszę się pochwalić. Bullit obejrzałam w pełnym, maksymalnym skupieniu. Wymagało to ode mnie sporego wysiłku, bo w końcu jestem przeciętną współczesną ofiarą internetu, poza tym oglądałam film w domu (co, jak pisałam wyżej, zawsze utrudnia odbiór kina) i powiedzmy sobie szczerze – nie jestem wielką fanką kryminału i sensacji. I faktycznie potwierdzam: Bullit to kawał dobrego, kryminalnego kina. Ale trudnego w odbiorze dla współczesnego widza. Oczywiście, są wśród nas osoby, którym całkowite skupienie uwagi na jednym wątku nie przysporzy kłopotu, nawet mimo dość długich ujęć i scen. Ale śmiem twierdzić, że powoli stają się one wyjątkami, takim gatunkiem na wymarciu.

Współczesne kino rozrywkowe dostosowując się do potrzeb współczesnego widza (co jest zresztą oczywiste, przecież to dla ludzi są kręcone te filmy, nie na odwrót) rozpuszcza go i rozleniwia. A współczesny widz ma coraz większy problem z przyswojeniem tego, co odbiega od standardów, do których jest przyzwyczajony. Czy to dobrze, czy to źle? Ani źle, ani dobrze. Tak po prostu jest, że zmienia się społeczeństwo i zmienia się jego kultura popularna. Jednak myślę, że dobrze sobie z tych zmian zdawać sprawę i trenować umiejętności, które są w zaniku: koncentrację, skupienie, samodzielne wyciąganie wniosków. Nigdy nie wiadomo, kiedy się nam przydadzą.

A Wy jak myślicie? Czy kino na przestrzeni lat zmieniło się aż tak bardzo? A jeśli tak, to dlaczego?

Moja ocena: 7/10

  • Aż mi narobiłaś smaka na jakiś stary film. Ale to prawda, jest tak jak piszesz. Widać to też na przykładzie telewizji (porównajmy jej tempo i ilość efektów z telewizją sprzed dwudziestu lat). No i książek. Czytałam kiedyś fajny poradnik o wdzięcznym tytule „Writing fiction for dummies”. Jak współcześnie pisać powieści? Najlepiej tak, żeby w każdym zdaniu zawrzeć jakiś czasownik w stronie czynnej. Bo współcześni ludzie chcą akcji, działania. Nie dla nich długie opisy przyrody rodem z „Nad Niemnem”. W sumie nic dziwnego – nasze tempo życia to odzwierciedla. Ciekawe, jak będzie za kolejnych dwadzieścia lat.

    • Masz rację – tak samo jest w przypadku telewizji i książek. Tak mi teraz przyszło do głowy, że tak bardzo pod publiczkę piszą amerykańscy autorzy. Ich książki zazwyczaj czyta się dobrze i lekko, ale charakteryzuje je taki wspólny,szybki i bezbolesny styl.

%d bloggers like this: