Słabość motyla

genova_1

Motyl Lisy Genovy to powieść niezwykle popularna i wysoko oceniana przez czytelników. Podejmuje tematykę trudną i dość rzadko spotykaną, opowiada bowiem o pięćdziesięcioletniej kobiecie stopniowo pogrążającej się w otchłani choroby Alzheimera. Długo zwlekałam z tą lekturą, ale kiedy Julianne Moore otrzymała Złoty Glob i została nominowana do Oscara za zagranie głównej roli w filmie nakręconym na podstawie tej powieści, nie mogłam dłużej czekać. I wiecie co? Ja nie rozumiem co w tej książce aż tak ludzi zachwyca. Po tylu pozytywnych opiniach, recenzjach i internetowych głosach zachęty spodziewałam się czegoś niezwykłego, czegoś co może nawet zmieni mój sposób patrzenia na świat. Niestety – nic takiego się nie zdarzyło.

Owszem, Motyla czyta się szybko i w miarę przyjemnie. W miarę – bo jednak co jakiś czas zgrzyta. Styl autorki (albo styl tłumacza, dla mnie jako odbiorcy produktu końcowego nie ma to większego znaczenia) jest raczej marny. Długie, rozbudowane i często trudne do zrozumienia zdania mocno mnie raziły, zwłaszcza na początku lektury. Później było już tylko lepiej, bo wciągnęłam się w fabułę i chyba przyzwyczaiłam do pojawiających się co parę stron składniowych potworków. Jednak język jest zdecydowanie największą wadą tej powieści.

Jaka zaś jest największa zaleta? Opis stopniowego popadania głównej bohaterki w niebyt alzheimera. Jest to interesujące przede wszystkim dlatego, że Lisa Genova z zawodu jest doktorem neurobiologii i do napisani Motyla przygotowała się naprawdę dobrze. Wejście w psychikę cierpiącej na zaniki pamięci Alice uważam za wyjątkowo udane i bardzo, bardzo ciekawe. Lubię książki, które oprócz walorów rozrywkowych mają też walory poznawcze, a wiedza w nich zawarta jest rzetelna i nieprzypadkowa (swoją drogą to właśnie brak dogłębnej analizy tematu najbardziej razi mnie w powieściach historycznych, które przecież uwielbiam. Nigdy nie zapomnę jak bohaterowie mojego ukochanego Medicusa jedli w X wieku kukurydzę…). Co prawda na neurologii znam się zdecydowanie słabiej niż na historii (no ok, nie znam się wcale), ale wykształcenie autorki stanowi tu pewien gwarant. Poza tym, pewnie gdybym była lekarzem albo neurobiologiem, to bym się czepiała szczegółów, a że nie jestem, to bardzo dużo się o chorobie Alzheimerze dowiedziałam.

Nie udało się Genovie skonstruować bohaterów, których bym jakoś specjalnie polubiła albo którym bym uwierzyła. Zanim rodzinę bohaterki dopada ta straszna choroba (bo w istocie cierpi tu cała rodzina), są takim pięknym, bezproblemowym stadłem: udane małżeństwo, satysfakcjonująca kariera, wykształcone, dorodne dzieci. Jedyną rysą w tym sielskim obrazku jest najmłodsza córka, która odmawia pójścia na studia. Ojej. Wszyscy są tacy ładni, inteligentni, nie biorą narkotyków, nie zdradzają się, prawie wcale nie kłócą, jedynie ojciec rodziny wykazuje na koniec książki pewne cechy prawdziwego człowieka. Poza tym to mało wiarygodna nuda. Postać głównej bohaterki też mnie nieco zirytowała. Zestawienie choroby odbierającej pamięć i zdolności intelektualne z wybitną super-ekstra-panią-doktor-z-Harvardu jest moim zdaniem sztuczne i przesadzone. Rozumiem, że takie zbudowanie postaci ma stworzyć kontrast i uwypuklić czytelnikowi nieszczęście jakie niesie ze sobą choroba. Sama autorka tłumaczyła również, że dzięki swojemu nadzwyczajnemu umysłowi Alice szybciej była w stanie wychwycić postępy choroby, co u osób nie będących nadludzko inteligentnymi pracownikami naukowymi trwa znacznie dłużej. Hmmm.

Nie widzę też w fabule drugiego dna, czy jakiegoś szczególnego, wyjątkowego przekazu. Dużo większe wrażenie (zapewne dlatego, że są to opowieści pochodzące z prawdziwego życia) zrobiły na mnie nasze rodzime historie osób zmagających się z chorobą, jak Chustka, czy bardzo prawdziwa i nieprzesłodzona Magda, miłość i rak. Albo doskonałe rozmowy Szymona Hołowni z osobami po traumie choroby, śmierci i kalectwa, czyli Ludzie na walizkach. Z tych pozycji czerpałam mądrość, pokrzepienie i wcale nie tak oczywistą prawdę o życiu, umieraniu, miłości. Motylu zaś zarówno zakończenie, jak i cała książka były sztampowe. Bo owszem, Alzheimer jest straszny, choroby są straszne, co więcej, mogą dotknąć każdego z nas. Dlatego w życiu trzeba szukać tych uniwersalnych wartości, dobrych momentów i pozytywów. Miłości. Bo nie tylko przyzwyczajenia i pasje nadają naszej egzystencji sens. Tylko że taki przekaz płynący od autentycznej osoby, która naprawdę doświadczyła tragedii, brzmi wiarygodnie i prawdziwie. Natomiast płynący z powieści będącej od początku do końca fikcją (i to jeszcze bardzo mocno polukrowaną) jest sztuczny i po prostu banalny.

Dlatego uważam, że Motyl jest książką przeciętną. Nie można twórczości Lisy Genovy zupełnie skrytykować, bo to ciekawa, poznawcza i wciągająca lektura. Tylko że nie ma ona nic wspólnego z wybitną, czy wyjątkową literaturą – brakuje w niej dobrego języka i pełnokrwistych, niebanalnych bohaterów, którzy być może nieco odlukrowaliby całą książkę. Motyl to takie czytadło z mądrym przesłaniem. Nie boli, ale też nie zmienia świata.

Moja ocena: 5,5/10

%d bloggers like this: