Dlaczego”Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest szkodliwe?

555218_1.1

Nie pytajcie mnie jak to się stało, że obejrzałam Pięćdziesiąt twarzy Greya. Splot okoliczności, który sprawił, że wylądowałam w kinie całkiem sama, na filmie, którego nie zamierzałam oglądać, był jednym z efektów intensywnych wydarzeń minionego tygodnia, obfitującego w nagłe zwroty akcji, wydarzenia dramatyczne, półdramatyczne i całkiem przyjemne. W każdym razie tak się jakoś złożyło, że musiałam spędzić kilka godzin w spokojnych warunkach, oczekując na umówioną wizytę u lekarza. Poszłam więc do pobliskiego kina, gdzie postawiono mnie przed życiowym wyborem: Baranek Shaun czy Grey. Z perspektywy czasu myślę, że wybór białego, słodkiego zwierzątka byłby rozsądniejszy – spowodowałby mniej nerwów 😉

To nie jest recenzja

Zaznaczam tytułem wyjaśnienia. Na temat jakości filmu i książki napisano oraz powiedziano wszystko. Jedno co mogę podkreślić: tak, czytałam; tak, widziałam. Nie, nie jestem fanką. Nie podoba mi się. Nie lubię źle napisanych powieści i kiepsko nakręconych filmów. Ale. Uwaga. Rozumiem doskonale, że wielu osobom greyowe historie się podobają. Mają takie prawo, nie zamierzam z tym dyskutować. Odbiór tworów kultury, w tym również (a może przede wszystkim) kultury popularnej, jest kwestią bardzo mocno subiektywną. Każdy ma prawo do relaksu, odprężenia i resetu – tak jak lubi i tak jak chce. Mówi to osoba, która oglądała pierwszych pięć sezonów Beverly Hills 90210 dobrych kilkanaście razy. Bo to lubię. Bo mam sentyment. Nie wstydzę się tego zupełnie, nie buduję swojej pewności siebie na takich rzeczach jak książki, które czytam czy filmy/seriale, które oglądam. Więc do wszystkich fanów Pana Szarego: nie o tym będzie dzisiejszy wpis, że Grey to kaszana, a Wy nie macie prawa go oglądać. Macie. Oglądajcie na zdrowie. Nie przejmujcie się tym, że wszyscy krytykują. Was to bawi – ekstra. Mnie nie. Ale to nie powinno Was to interesować. Mam tylko nadzieję, że macie skończone osiemnaście lat i choć w miarę ukształtowane pojęcie związku 😉

Dlaczego więc w ogóle to piszę? Nie żeby kogoś podręczyć, nie żeby siebie dowartościować. Piszę, bo po seansie odczułam niepokój. Prawdziwy, być może przyszło-rodzicielski niepokój. Potem z ulgą pomyślałam, że moje dziecko na szczęście będzie płci męskiej i o ile odziedziczy coś po swoim ojcu, to liczę, że będzie to zdrowy rozsądek. Ufff. Następnie z przerażeniem uświadomiłam sobie, że jeśli Bóg i układy rozrodcze pozwolą, to zamierzamy mieć więcej potomstwa i niewykluczone, że jednym z nich będzie dziewczynka. Grrrrrrrrr.

Ta dzisiejsza młodzież

Skąd we mnie to uczucie niepokoju? Otóż, kiedy czytałam powieść, jak również kiedy szłam do kina, cały czas zakładałam (bardzo zresztą słusznie), że to jest historia dla dorosłych. No bo seks, wiązanie, seks, klapsy. Nie oceniałam jej nigdy pod kątem wpływu na psychikę i życie seksualno-uczuciowe czytelników czy widzów. Bo: dorośli ludzie zazwyczaj mają już ukształtowane poglądy na związki, uformowaną osobowość i przeczytanie jednej czy drugie powieści raczej nic tu nie zmieni. A jeśli zmieni: trudno, głupich dorosłych też jest wielu, nie możemy z tym walczyć. Jesteś dorosły, prowadzisz świadome życie seksualne: oglądaj sobie co chcesz, kiedy chcesz. Nic mi do tego. Wizyta w kinie uświadomiła mi natomiast, że duży procent wiernych, oddanych fanek, zafascynowanych romansem Any i Grey’a stanowią nastolatki.

Nie jestem naiwna. Wiem, że dzisiejsza młodzież (kurna, jak to brzmi…) wiele widziała, wiele czytała, a bardzo niewiele może ją zszokować. BDSM i tego typu klimaty obecne są w kulturze popularnej już od jakiegoś czasu (pamiętacie Rihannę i jej piosenkę?) Czy to dobrze czy to źle? Nie wiem. Nie jestem psychologiem, pedagogiem, socjologiem. W takich czasach żyjemy, że cała wiedza świata jest dla dzieciaków dostępna. Jeden Grey w tę czy we w tę nic tu zmieni. Sam więc fakt, że historia jest o seksie (takim czy innym) nie jest moim zdaniem powodem do szczególnego niepokoju o stan młodych umysłów.

Czy pejcze są z gruntu złe?

Zresztą, tak szczerze mówiąc, to nie ma w samym seksie z użyciem pejcza i sznura nic złego. Jeśli spotyka się dwoje dorosłych, czy to będących w długoletnim związku, czy to w celach wyłącznie erotycznych i oboje chcą, i mają ochotę na takie rzeczy, to proszę bardzo. Nikt nikomu do sypialni nie będzie zaglądał, a może dla wielu par takie odświeżenie i urozmaicenie będzie czymś pozytywnym? W końcu nikt nie mówił, że dobry seks, to seks pod kołdrą, przy zgaszonym świetle. Nie czepiam się więc samej tematyki, że deprawująca, bo on jej dawał klapsy. To samo w sobie nie jest wcale złe i choć wolałabym żeby moje dzieci w przyszłości w wieku lat szesnastu czy siedemnastu przeżywały perypetie Ani z Zielonego Wzgórza, to przecież nie jestem naiwna. Młodzież, jak pisałam, jest uświadomiona seksualnie zdecydowanie bardziej niż ja byłam w czasach licealnych. Spoko. Takie czasy, może nie do końca mi się to podoba, ale na pewno nie można winić tu pani E L James.

Grey-ideał-przemocowiec

Co innego niż same upodobania głównego bohatera tej historii mnie niepokoi. Niepokoi mnie model związku, który ta książka promuje. Model związku, w którym mężczyzna jest bogaty, przystojny, niedostępny emocjonalnie i… narzuca partnerce swoją wizję związku. Może i Ana ma ochotę na zabawy, które proponuje Grey? Zapewne tak. Nie ucieka z krzykiem z greyowego pokoju zabaw, to co robią w łóżku ewidentnie ją kręci. Ale z tego co pamiętam, to ona Grey’a kocha i chciałaby z nim być jak człowiek z człowiekiem. Tylko on średnio daje jej wybór. Bo on może mieć tylko niewolnicę od piątku do soboty. Żadnego spania razem, żadnego dotykania, podpisujemy umowę. Kręcisz mnie Maleńka, może nawet coś do ciebie czuję, ale będzie tak jak ja chcę, albo wcale. Możemy ewentualnie przedyskutować czy zgadzasz się żebym ci wkładał pięść w tyłek. U licha! Czy to jest fabuła romansu, który podbił serca kobiet, w tym nastolatek, na całym świecie?! Czy to jest model związku, o którym młode dziewczyny śnią po nocach? Czy Grey jest dla nich tym, czym dla pokoleń kobiet i nastolatek wcześniej był Pan Darcy, Rhett Butler, Maciek Ogorzałka czy Mark Darcy? Idolem? Cichym marzeniem? Idealnym mężczyzną? O matko i córko. A czy ktoś zauważył, że oni praktycznie nie rozmawiają? Poza omawianiem szczegółów kontraktu? Czy Grey docenia w Anie jakieś wartości intelektualne? Mądrość? Czy pyta ją, co ona sądzi na jakikolwiek temat (poza pięścią w jej własnej dupie)?

555214_1.1

Tu leży sedno problemu. Dorosła kobieta przeczyta książkę z wypiekami na twarzy, pomarzy o partnerze, który będzie dostarczał jej więcej rozrywki, niż ten lekko podpasiony samiec, który siedzi na kanapie. I tyle. Potem może porozmawia ze swoim mężczyzną o sytuacji politycznej na Ukrainie, może o problemach wychowawczych z dziećmi, opowie, co jej się przydarzyło w pracy. Zainicjuje jakieś nowatorskie zabawy w łóżku. Lecz z pewnością nie przyjdzie jej do głowy, że w prawdziwym świecie, innym niż ten z fantazji seksualnych, chciałaby, żeby jej partner nie liczył się z jej uczuciami i potrzebami. Bo ona wie, czym jest dojrzała relacja między ludźmi. Wie, że jeśli w związku są dwie osoby, to jedna nie powinna narzucać jej wszystkiego. Bo takie narzucanie nie ma nic wspólnego z seksem z użyciem pejczy. To jest przemoc. Psychiczna. Jeśli natomiast dorosła kobieta jest w związku z facetem-przemocowcem (bo niestety takie związki istnieją), to z całą pewnością nie jest to coś, czym należy się zachwycać, wzdychając jaki on męski. Ale to są jej dorosłe decyzje. To z kim jest. Kogo wybiera na partnera i ojca swoich dzieci. I podkreślam raz jeszcze – to, o czym piszę, nie ma nic wspólnego z tym, że powieść jest o ostrym seksie. Równie dobrze on mógłby widzieć ich przyszłość tylko i wyłącznie w ten sposób, że ona siedzi w domu, gotuje, sprząta i rodzi co roku nowe dziecko. Tak, albo won babo (bo zawsze możesz przecież wyjść i nie wrócić). Tertium non datur. Możemy ewentualnie przedyskutować to, czy wolisz sprzęty Kitchen Aid, czy kupić ci Termomix.

Kultura wpływa na nastolatki

Dorosła kobieta, będąca w zdrowym związku (czy też takiego szukająca), po lekturze Grey’a nie zmieni swoich poglądów na damsko-męską relację. Kobieta w związku przemocowym powinna szukać pomocy, ale nie wydaje mi się (choć może się mylę), żeby lektura tej czy innej powieści miała tu coś zmienić. A co z nastolatką, która tak naprawdę nie ma pojęcia czym jest prawdziwa, zdrowa relacja między ludźmi? Która wiedzę o tym, jak powinna wyglądać miłość, czerpie w dużej mierze z telewizji, filmów i książek? Pamiętam, że kiedyś z koleżankami dyskutowałyśmy o tym, jak mocno nasze pojęcie miłości wypaczyły, wydawałoby się nieszkodliwe, powieści Małgorzaty Musierowicz, promujące idealną miłość od liceum aż po grób. Mimo że żadna z nas nie powtórzyła modelu związku z Jeżycjady, to sama wiem, jak bardzo o takim perfekcyjnym romansie marzyłam pod koniec szkoły podstawowej, w liceum, na początku studiów. A może i dużo później? Ten romantyczny rodzaj miłości bardzo głęboko usadowił się w mojej psychice. I nawet kiedy już wiedziałam, że jest nieprawdziwy, podświadomie śniłam o uczuciu pojawiającym się znikąd, o związku iście metafizycznym, magicznym, bardziej emocjonalnym, niż seksualnym. Tak ogromny wpływ miała na mnie lektura niewinnych książek. Z tego co wiem, nie tylko na mnie. Czym to skutkowało? Kilkoma bolesnymi rozczarowaniami, które uświadomiły mi, że mężczyźni nie są uduchowionymi istotami, żywiącymi się miłością. W sumie nic takiego się nie stało, ale fakt pozostaje faktem: te powieści miały gigantyczne znaczenie dla rozumienia przeze mnie związku.

Więc jeśli na mnie i na moje koleżanki Musierowicz wpłynęła tak mocno, to czy na współczesne nastolatki nie wpłynie historia Christiana Greya? Czy kilkukrotna lektura ukochanej powieści i obejrzenie filmu nie zakoduje (przynajmniej niektórym z nich), że facet może narzucać formę relacji? Że on ma więcej do powiedzenia niż kobieta? Czy dziewczyna będąca wierną fanką Christiana Greya będzie w przyszłości umiała postawić partnerowi granice? Czy dostrzeże, że jej związek nie funkcjonuje tak jak powinien? W realnym świecie kobieta, jeśli nie miałaby ochoty na weekendowe zniewolenie, powinna powiedzieć spadaj. A czy gdyby to Ana miała zadecydować o tym, jak będzie wyglądał ich związek, na pewno chciałaby spać w oddzielnym pokoju? Raczej nie. Ale spadaj mówi bardzo późno, a przez sześćset stron powieści i dwie godziny filmu traktuje propozycje Szarego nadzwyczaj poważnie.

I to mnie właśnie niepokoi. Że powieść i film promujące taki, a nie inny model związku, przeżywają również nastoletnie dziewczyny, w których głowach dopiero kształtuje się to, jak będzie wyglądał ich przyszłe, dorosłe relacje. Zauważyłam, że na ten temat się jakoś nie mówi, a przecież nie można pominąć faktu, że Pięćdziesiąt twarzy Greya czytają i oglądają również nastolatki. Nie wiem jak rozwinęła się historia Any i Christiana. Nie wiem, co niosą ze sobą kolejne części powieści. Mam jednak nadzieję, że zdanie głównej bohaterki liczy się w nich trochę bardziej. Bo to, co niesie ze sobą pierwszy tom trylogii, jest dla młodych, chłonnych umysłów szkodliwe i złe.

  • Rozpisałaś się nie miłosiernie masz po części racje ale czasy dziś są okropne wszystko o wszystkim i trudno znaleźć samego siebie przez ta globalizacje świata

  • Przeczytałam i zgadzam się 100% Książkę przeczytałam, ale bez zachwytu, na film nie zamierzam iść. Nie moje klimaty. Ale fakt, że masa nastolatek się tym zafascynowało

    • Basia

      najlepszy komentarz- miałam te same odczucia widząc nastolatki w kinie mało tego rodzice kupowali bilety dla swoich córek na ten pseudo romantyczny film

  • Hej. Wtrącę swoje dwa grosze. Po pierwsze: oglądałam film i jest dla mnie infantylny, lekko żenujący. Chyba jestem za stara. Po drugie: zgadzam się w 100 % z autorką – Grey to typowy psychopata. Kobiety, które były w związkach przemocowych wiedzą jak relacje z takimi panami wyglądają w życiu codziennym. Wiedzą, że psychopaci się nie zakochują. Kobietki czytając, oglądając takie wielkie gie marzą o przygodach z draniami, licząc na to, że spotkają takiego w rzeczywistym świecie, a on się dla nich zmieni. I będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety w realu najczęściej lądują na fotelu u psychologa i faszerują się psychotropami, próbując przywrócić kolory swojemu wypranemu mózgowi. Ja jestem na etapie ogarniania swojego życia po krótkiej, ale intensywnej relacji z takim oto właśnie typem popaprańca. Intensywnie analizuję siebie i myślę dlaczego do cholery w to wdepłam. Prowadzę terapię przez pisanie. Zerwałam kontakt definitywnie. I uczę się siebie na nowo. Swoja drogą „mojemu” toksykowi film się podobał. To wiele tłumaczy.

  • Dodam jeszcze: autorko tego bloga imponujesz mi swoją mądrością. Pozdrawiam

  • Na prawdę fajny tekst, sama zabieram się do „wyskrobania” czegoś na temat Greya. Ale to jeszcze nie teraz … 🙂

%d bloggers like this: