Perfekcja na ekranie, perfekcja w życiu

500859_1.1

Nie znam osoby, która nie byłaby zachwycona Whiplash. Wszyscy moi znajomi oraz całe internety pieją z zachwytu. Żeby nie było – ja też. Jest to tym bardziej niezwykłe, że Whiplash to film niszowy, o dość wymagającej i specyficznej tematyce. Brak w nim też super gwiazd, bo grający rolę psychopatycznego nauczyciela J.K. Simmons jest aktorem dość popularnym i znanym, ale nie jest to super-gorące nazwisko. Poza tym żadnych wymyślnych scenografii, wielowątkowości, gorących romansów i ciężkich chorób. Stosunkowo mało akcji. No to co właściwie sprawia, że ten skromny i niskonakładowy film zdobył taką popularność i osiągnął gigantyczny sukces? Dlaczego ten film jest perfekcyjny?

1. Prosta historia.

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Mamy młodego, nad wyraz ambitnego chłopaka – Andrew, którego największym marzeniem jest zostanie wirtuozem perkusji. W tym celu zapisuje się do prestiżowej szkoły muzycznej i usiłuje dostać na zajęcia do najlepszego możliwego nauczyciela. Szybko okazuje się, że aby w nich uczestniczyć i tym samym zbliżyć się do perfekcji, trzeba sporo poświęcić. Właściwie nie ma wątków pobocznych, istotnych bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Wszystkie wydarzenia na ekranie i pojawiające się tam postacie poboczne, służą uwypukleniu pewnych aspektów historii naszego bohatera. Jednak mimo tej prostoty i jednoliniowości fabuły Whiplash nie nudzi, nie nuży i można o nim rozmawiać godzinami. A dzieje się tak dlatego, że  – patrz punkt 2 i 3 😉

527476_1.1

2. Napięcie.

Żaden horror czy thriller oglądany przeze mnie w ostatnich latach nie wbił mnie w fotel tak jak Whiplash. Jejku, jak ja się denerwowałam. Każda sekunda tego filmu jest czystym napięciem. Nie ma od niego odpoczynku. Jak je zbudowano? Po pierwsze prostym scenariuszem, który sprawia, że koncentrujemy się w stu procentach na prezentowanej historii (patrz pkt 1), po drugie genialną reżyserią, no i last but not least genialną grą aktorską (patrz pkt 4).

500855.1

3. Mocno postawione pytania.

… i  właściwie brak odpowiedzi. Serio. Z kim bym nie rozmawiała, każdy odbiera ten film troszkę inaczej, wyciąga inne wnioski, a przede wszystkim odpowiada odmiennie na postawione w nim pytania. Ile można poświęcić dla osiągnięcia perfekcji? I gdzie leży granica tego poświęcenia? Czy warto oddać wszystko dla swojego celu? Kiedy się poddać? Jak daleko można się posunąć, by sprowokować innych do osiągnięcia sukcesu? A przede wszystkim: ile ten sukces jest naprawdę wart? Twórcy nie dają nam odpowiedzi na te uniwersalne i przede wszystkim niezwykle aktualne w dzisiejszym, naznaczonym propagandą sukcesu i hurraoptymizmu świecie.

526453_1.1

4. Genialna gra aktorska.

 Tu właściwie wystarczy napisać jedno nazwisko: J.K. Simmons. Bez niego i tych cudów, które zrobił na ekranie, ten film nie byłby taki sam. Choć w sumie to trochę niesprawiedliwe, bo grający główną rolę Miles Teller godnie mu partnerował. Whiplash to właściwie tylko oni i scenariusz. No i może jeszcze….

500858_2.1

5. Muzyka.

To dla niej całe to poświęcenie, to ona steruje życiem (choć tak jak pisałam parę linijek wyżej – pytania stawiane w filmie są uniwersalne). I to ona płynie z ekranu. Piękny, doskonały jazz. Gdyby nie było jej tyle w Whiplash, film nadal byłby genialny, ale straciłby na swoim niezwykłym charakterze, zgubiłby gdzieś po drodze swój styl. Więc może: nie jest to składnik niezbędny idealnego filmu, jakim jest Whiplash, ale niewątpliwie bardzo istotna przyprawa, nadająca mu wyjątkowego smaku.

500850.1

Whiplash pokazuje, że do zrobienia filmu perfekcyjnego wystarczy kilka wzajemnie się uzupełniających elementów. Bo czym byłby dobry scenariusz bez doskonale zbudowanego napięcia? A czym dałoby się osiągnąć to napięcie bez aktorskiej wirtuozerii J.K. Simmonsa? Podobne obserwacje miałam w przypadku filmu równie genialnego, jakim są Mandarynki (klik). Mając zaledwie kilka zazębiających się środków twórcy osiągają perfekcję, a widz otrzymuje tak wiele. Za tak niewiele. Chcę więcej takich filmów!

Moja ocena: 9,5/10

%d bloggers like this: