Nowy mistrz polskiego kryminału?

DSC_0324

Trzy różne historie, przedstawione w trzech pięknie wydanych książkach. Paszport Polityki przyznany, a w kinach leci bardzo dobrze zapowiadająca się ekranizacja. O kryminalnym cyklu Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej mówi ostatnio cała Polska. Nie mogłam więc odmówić sobie lektury, zwłaszcza że za dobrym kryminałem naprawdę przepadam. Swoją drogą ja to mam talent. Zacząć czytać trylogię od drugiego tomu, następnie płynnie przejść do trzeciego, by zakończyć lekturę na części pierwszej? Mission completed 😀 Na szczęście w przypadku tej serii kolejność chronologiczna nie była niezbędna. Aczkolwiek nie ukrywam, że lepiej czytać ją po kolei. W każdym razie przygody Szackiego naprawdę warto poznać!

Niezbędnik dobrego kryminału

Olbrzymią i główną zaletą wszystkich trzech części jest to, że niesamowicie wciągają. Pierwszy tom co prawda trochę mniej niż dwie następne – zbyt wiele w nim zbędnych fragmentów o elementach stroju Moniki, z którą flirtuje główny bohater, czy egzystencjalnych rozterek Szackiego. Ale nadal jest to kawał solidnego kryminału, który czyta się z wypiekami na twarzy. Natomiast już lektura Ziarna prawdyGniewu pochłaniała mnie przez długie godziny i nie było w tych książkach żadnych rozpraszaczy czy dysonansów. Tylko czysta rozrywka. I właśnie taka powinna być dobra powieść kryminalna – sprawiająca, że zapomina się o całym świecie. Właściwie niewiele więcej potrzeba, żebym zakwalifikowała kryminał jako wart przeczytania.

Polaków portret własny

Miłoszewski oprócz ciekawych i wzbudzających dreszczyk emocji zagadek serwuje też czytelnikowi podróż wgłąb polskich mieszkań i instytucji. Czasami wychodzi mu to naprawdę rewelacyjnie, czasami trochę gorzej (o czym poniżej). Na pewno jednak jest to ciekawa próba rozbudowania fabuły poprzez uchwycenie naszej polskiej rzeczywistości z początku dwudziestego pierwszego wieku.

Językowe mistrzostwo

Każda książka, którą czytam, powinna być napisana językiem co najmniej poprawnym. Oczywiście dla literatury czysto rozrywkowej, jaką są dla mnie kryminały, nie robię wyjątku. Wielokrotnie zdarzyło mi się kończyć czytanie powieści po kilkudziesięciu stronach, bo od poziomu grafomanii reprezentowanej przez autora (względnie tłumacza) cierpła mi skóra na karku. W przypadku Miłoszewskiego problem na szczęście nie występuje. Wszystkie trzy części serii są doskonale napisane: poprawną, ładną, prostą i komunikatywną polszczyzną. Do tego autor wykazuje niewątpliwy talent do konstruowania dialogów, które są żywe i realistyczne. Dzięki temu naprawdę nic nie wytrącało mnie z równowagi przy lekturze, nic nie przeszkadzało w zagłębianiu się w zagadkę.

Różnorodność 

Bardzo spodobało mi się to, że Miłoszewski unika w swoich książkach rutyny. Każda część jest zupełnie inna, i to pod każdym względem. Główny bohater przechodzi z tomu na tom przemianę osobowości. Zmieniają się też miejsca, w których rozgrywa się akcja (czytelnik podróżuje kolejno do Warszawy, Sandomierza i Olsztyna) oraz bohaterowie drugoplanowi. A co najważniejsze, same zagadki też bardzo się od siebie różnią. Nie będę tu wchodzić w szczegóły, żeby nie spoilerować lektury tym osobom, które jeszcze nie czytały, ale naprawdę każda historia jest inna – ma odmienny styl, charakter i główny motyw.

Żeby nie było tak różowo…

Właściwie w tym miejscu mogłabym zakończyć swoje wywody. Ładny język, wciągające zagadki i unikanie powtarzalności to w przypadku serii kryminalnej naprawdę wystarczające cechy, by uznać ją za bardzo dobrą. Jednak ponieważ mamy do czynienia z wielką gwiazdą polskiej literatury oraz laureatem Paszportu Polityki, nie będę traktowała pana Miłoszewskiego ulgowo i napiszę, co mi się nie podobało.

Przede wszystkim Uwikłanie (część pierwsza) znacznie odstaje poziomem od dwóch następnych tomów. Tak jak pisałam wcześniej – sporo w nim dłużyzn, sama zagadka też jest nieco mniej wiarygodna, a i jej rozwiązanie nasuwa się samo. Nie oznacza to oczywiście, że to jest książka zła, ale myślę, że gdybym zaczęła swoją przygodę z prokuratorem od pierwszej części, to nie sięgnęłabym aż tak entuzjastycznie i szybko po dwie kolejne.

DSC_0311

Kolejną kwestią, nieco mnie irytującą, jest postać samego prokuratora Szackiego, który wydawał mi się w niektórych swoich zachowaniach tragicznie wprost niewiarygodny. Nie wierzę, że ktokolwiek (a zwłaszcza mężczyzna w średnim wieku, o dość silnej mimo wszystko pozycji zawodowej, atrakcyjny dla kobiet i podziwiany przez media) kupuje sobie (będąc sam!) na stacji benzynowej  kawę bez mleka, której nie znosi, tylko po to, by komuś coś udowodnić. Rozumiem, że główny bohater jest przedstawiany jako osoba nieco w świecie zagubiona, nękana kryzysem wieku średniego, ale litości! Szacki nie ma piętnastu lat, a czasem niestety tak się zachowuje!

Również same realia prokuratorskiego bytu były przedstawione idiotycznie. W pierwszej części poznajemy małżeństwo Szackich – prokuratora w rejonie i jego żony – prawnika zatrudnionego w Urzędzie Miasta (obstawiam, że jest radcą prawnym, bo bywa w sądzie). Mają jedno dziecko. W książce mieszkają na 50 metrach kwadratowych, ciułają każdą złotówkę, o wizytach w restauracji mogą zapomnieć. Ciężki los urzędnika państwowego podkreślany jest na wszelkie możliwe sposoby. Wiecie co? Sorry, ale to bzdura. Radca prawny w Urzędzie Miasta (i to jeszcze w Warszawie!) nie zarabia może grubych milionów, ale spokojnie wyciąga dobrych parę tysięcy na rękę. Podobnie prokurator. Taka para może nie jeździ co roku na dwutygodniowe wczasy na Kubę, ale nie musi oglądać trzy razy każdej wydawanej złotówki. Uwierzyłabym w ich ciężki los, gdyby Szacki był policjantem, a jego żona zwykłą urzędniczką. Ale tu? Śmiech na sali.


No tak. Wady trylogii zajęły dwa razy więcej miejsca niż jej zalety. Śmiesznie, bo wszystkie trzy książki są zdecydowanie warte przeczytania. Choć niestety wpadek i niedociągnięć w stylu wymienionych powyżej jest w nich sporo (jak choćby iście nieurzędnicza otwartość podczas kontaktów prokuratora z prasą), to nie są one jakimś wielkim problemem. Po prostu trochę człowieka irytują 🙂 Polecam Wam więc bardzo lekturę przygód prokuratora Szackiego, bo to naprawdę kawał dobrej literackiej roboty. Co prawda Miłoszewski nie detronizuje mojego ukochanego Marka Krajewskiego, w którego książkach ja właściwie nie widzę wad, ale na pewno ma silną pozycję na polskim rynku kryminalnym i godnie może nas reprezentować za granicą.

Moja ocena:

Uwikłanie: 6,5/10

Ziarno prawdy: 7,5/10

Gniew: 7,5/10

  • Jak na razie przeczytałam dwa pierwsze tomy i w pełni się z Tobą we wszystkim zgadzam. „Uwikłanie” było zdecydowanie słabsze od „Ziarna Prawdy”, ale i tak można napisać, że dobrze mi się tą książkę czytało. I postać Szackiego też mnie irytowała, zwłaszcza w pierwszej części 😉

    • To jeszcze przed Tobą „Gniew”, część, która mi się najbardziej podobała 🙂

  • Miłoszewski przyznaje, że Szacki ma irytować, ma męczyć i wkurzać. Co mi akurat odpowiada.

    • Czytałam o tych zamiarach autora, ale chodziło mi bardziej o to, że niektóre zachowania Szackiego są nie tyle irytujące, co po prostu bardzo mało realistyczne 🙂 A że jest irytującym dziadem – to już inna kwestia 🙂

%d bloggers like this: