Moja dieta w ciąży – 4 podstawowe zasady

DSC_0150

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, zmienił się cały mój świat, a właściwie to zmieniła się moja perspektywa patrzenia na świat tenże. Wszystko co od momentu ujrzenia dwóch kresek na teście robię, powinno uwzględniać tę małą fasolkę, która zaczyna na mnie ostro pasożytować. Również moja dieta musi być do ciąży przystosowana. Internet (a zwłaszcza fora-samo-zło) kipią od informacji o tym, czego absolutnie jeść nie wolno, a co się powinno. Niektóre z tych rad są słuszne, inne przypominają bardziej urban legends, jak na przykład często spotykany mit o zakazie spożywania malin (nie można pić naparu z liści malin, bo wywołuje skurcze, i to też nie przez całą ciążę, bo pod koniec taki napar pić już można). Bzdura goni bzdurę, miesza się z prawdą i biedna, zagubiona ja już sama nie wie co ma robić, żeby swojej progeniturze i sobie przy okazji nie zaszkodzić. Dlatego, aby nie zwariować, wypracowałam sobie cztery zasady, które w skrócie można określić jako: zdrowy rozsądek przede wszystkim, babo! Oto one:

Lekarz i dietetyk wiedzą lepiej

Trzeba pamiętać, że każda przyszła mama (jak i każda kobieta) jest inna. I tak samo jak posiłki wychudzonej panny z niedowagą różnić się będą od tych spożywanych przez kobiety-pączki, tak różnić się będzie dieta przyszłej mamy, która boryka się z cukrzycą ciążową, od diety tej, która cierpi na nadciśnienie. Wegetarianka również musi zwracać uwagę na nieco inne aspekty niż kobiety wszystkożerne. Dlatego pamiętaj, jeżeli z jakiś przyczyn (a zwłaszcza tych medycznych) Twoja dieta musi być specjalnie przystosowana do Twojej sytuacji, zostaw internety i ruszaj do lekarza/dobrego dietetyka, którzy dadzą Ci szczegółowe, a przede wszystkim fachowe wskazówki. A nawet jeśli Twoja ciąża przebiega książkowo, to i tak lepiej zapytać lekarza (albo dobrego, zaufanego dietetyka) o to, czy możesz zjeść trochę ananasa, zamiast z przerażeniem w oczach wpisywać w googla: ananas ciąża szkodliwość. Zaoszczędzisz sobie czasu, stresu i czytania głupot.

Złota zasada

Istnieje jednak pewna zasada, której trzymam się bezwzględnie. Zawsze. Bez wyjątków. Zasada ta brzmi:

Jeśli mam wątpliwości, to nie jem.

A wątpliwości pojawiają się cały czas. Nawet wydawałoby się w kwestiach tak oczywistych, jak picie alkoholu w ciąży. Oficjalna doktryna i medycyna wyraźnie i stanowczo stwierdzają, że nawet najmniejsza ilość alkoholu w ciąży może zaszkodzić. Jednak są lekarze (naprawdę są tacy lekarze!!!), którzy twierdzą, że raz na jakiś czas kieliszek wina nie zaszkodzi. I co ma zrobić ta zagubiona kobieta, która od pięciu miesięcy skrycie marzy o sączeniu cabernet sauvignon? Odpowiedź jest prosta: nie pić! Miałam podobny problem z moimi ukochanymi serami pleśniowymi. W ciąży (podobno, bo też słyszałam inne wersje) nie powinno się ich spożywać, z tego względu, że są zazwyczaj robione z mleka niepasteryzowanego i przez to może rozwijać się w nich groźna bakteria zwana listerią (może dziecku zaszkodzić, a jesteśmy na nią w ciąży bardziej podatne). Ale co z serami typu brie czy camambert, które wyprodukowano z mleka pasteryzowanego? Myślałam, że znalazłam lukę w systemie, ale mój zapał szybko opadł, gdy napotkałam kilka opinii, z których wyraźnie wynikało, że listeria może rozwinąć się również w miękkim serze z mleka pasteryzowanego. I serów pleśniowych jednak nie jem.

Jeżeli napotykam dwie sprzeczne opinie dotyczące spożywania danego produktu, czy mam jakiekolwiek wątpliwości, to go po prostu nie jem. Chyba, że zastosuję się do reguły nr 1 i skonsultuję to z profesjonalistą. Ale nawet wtedy, jeśli czuję niepewność, pamiętam, że dziecko na mojej serowo-pleśniowej abstynencji raczej nie straci, co najwyżej zyska zdrowie, a ja będę miała spokojną głowę. Bo jeśli jesteś w ciąży, to pewnie już wiesz, że najgorsze co może Cię spotkać, to…

Histerioza

Histerioza to termin ukuty przez mojego Pawełeczka, na podstawie obserwacji moich dość kontrowersyjnych zachowań po spożyciu kawałka surowej ryby. Surowe ryby w ciąży raczej wskazane nie są (znowu listerioza, czy tam inne bakterie), więc moja z natury histeryczna osobowość, dodatkowo naszprycowana hormonami, jak kurczak przed ubojem, wykonała mistrzowski popis pt.: jestem wyrodną matką i właśnie zabiłam nasze dziecko. Paweł długo na mnie patrzył, coś tam trawił w środku (pewnie surową rybę z sushi, które przyniósł do domu), po czym stwierdził, że o ile listeriozy pewnie nie złapałam, to już na pewno mam histeriozę, która wyprowadza z równowagi zarówno jego, jak i nasze nienarodzone dziecko.

I wtedy do mnie dotarło, że ilość zagrożeń w ciąży jest ogromna, różne rzeczy mogą się jeszcze wydarzyć i choć oczywiście lepiej robić wszystko, żeby im zapobiegać, niż igrać z losem (patrz złota zasada), to jednak unikać należy również przesady. Jeśli już zjadłaś coś z czarnej listy ciężarnych, piłaś na początku ciąży alkohol – trudno. Prawdopodobnie nic złego się nie stanie. A przecież zdarza się i tak, że kobieta robi wszystko i jeszcze więcej, żyje w sterylnych warunkach, a jej ciąża nie kończy się tak jak powinna. Dlatego moją kolejną, trzecią zasadą jest luz psychiczny. I optymizm. Optymizm. Optymizm. Poza tym, luz psychiczny jest konieczny, bo…

Grzeszyć czasem można, a wręcz trzeba

Moja mama pewnie mnie zje, jak to przeczyta, ale ja nadal uważam, że to, że jestem w ciąży, nie powoduje automatycznie totalnego zakazu słodyczy, czipsów czy fast foodów. Owszem, staram się odżywiać zdrowo jak nigdy wcześniej, ale nie wariuję, bo dostanę histeriozy :D. Jeśli raz na jakiś czas zjem czipsy albo napiję się coli, to naprawdę nic się nie stanie. Ważne, żeby to co jem na co dzień, było zdrowe, pełnowartościowe, służyło mi i dziecku. A że raz w tygodniu zgrzeszę? No cóż. Matka też musi mieć w życiu jakieś przyjemności 🙂 To, że jestem w ciąży, nie oznacza automatycznie, że zamknęły się dla mnie wrota życia i rozpusty. Jeśli jednak po jednorazowym akcie grzechu masz się denerwować i stresować, to lepiej zamówić zamiast pizzy sałatkę z pieczonym łososiem. Bo tak naprawdę nie ma nic gorszego niż wielka schiza 😉

Małe post scriptum: chyba jednak trochę tego parentingu będzie się pojawiało na blogu. Sprawy ciążowo-dziecięce zbyt mocno się we mnie zakorzeniły, żebym miała sobie darować wymądrzanie się na ten temat ;).

%d bloggers like this: