Żeby tak ciepło mówić o wojnie

mandarinid

Pękamy z dumy: pięć polskich nominacji do najbardziej prestiżowej nagrody filmowej, z czego dwa dla Idy. Złoty Glob niestety przeszedł Pawlikowskiemu koło nosa, ale chyba każdy Polak ma po cichu nadzieję, że wreszcie się tego Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny doczekamy. Ja też taką nadzieję mam, bo kiedy odnosimy sukcesy międzynarodowe zawsze jest miło. Chociaż szczerze mówiąc, gdybym to ja decydowała o przyznaniu nagrody, to Ida by jej nie dostała. Może ewentualnie za zdjęcia, ale z pewnością nie za najlepszy film. Obraz Pawlikowskiego mnie nie zachwycił, to nie jest moja wrażliwość, nie mój styl. I choć nie jestem przeciwniczką kina opierającego się w dużej mierze na pięknych zdjęciach, to w Idzie brakowało mi energii, historii i mocy. Gra aktorów, zwłaszcza Agaty Kuleszy, była bezwzględnie doskonała, ale co z tego, skoro mnie Ida wymęczyła i wynudziła?

Tymczasem konkurencja jest silna. Ja, jak co roku, staram się obejrzeć większość nominowanych filmów. W tym jest o tyle trudno, że na 25 nominowanych w najważniejszych dla mnie kategoriach, dotąd widziałam tylko cztery: Jak wytresować smoka 2 (bardzo polecam wielbicielom kreskówek, genialna rzecz!), Grand Budapest Hotel (moje zachwyty tu – klik), Idę oraz estońskie Mandarynki, jeden z pięciu filmów nominowanych w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Film tak piękny i mocny, że nie mogę go wyrzucić z głowy.

Mandarynki

Poznajemy historię dwóch Estończyków zamieszkujących Gruzję. Jest rok 1992 i wybucha wojna domowa. Większość ich rodaków szybko ewakuowała się z kraju ogarniętego konfliktem, ale nasi dwaj bohaterowie zostają w swojej wsi – Margus chce skończyć zbiory mandarynek, a Ivo mu pomaga, towarzyszy, zbija skrzynki i nie wiadomo dlaczego nie zamierza ruszyć się z ogarniętego wojną kraju. Pewnego dnia Ivo ratuje życie dwóm żołnierzom będącycm po przeciwnych stronach konfliktu – Gruzinowi Nice i najemnikowi z Czeczenii Ahmedowi. Czy wzajemna nienawiść bojowników, podsycona dodatkowo przez śmierć współtowarzyszy broni, jest przeszkodą nie do przeskoczenia? Czy pokojowo nastawieni rolnicy, będący, jak może się wydawać, neutralnymi i niezaangażowanymi po żadnej ze stron jednostkami, będą w stanie zapanować nad dwójką wrogów?

494200_1.1

Tak wiele, za tak niewiele

Przede wszystkim Mandarynki pokazują jak niewielkimi środkami wyrazu: doskonałą grą aktorską, ciekawym scenariuszem i ładnymi, spójnymi wizualnie zdjęciami, można poruszyć w widzach najgłębsze emocje. Niby tak niewiele dzieje się na ekranie, miejsce akcji ogranicza się do jednej wsi, a aktorów, w tym również tych epizodycznych, można policzyć na palcach rąk i nóg.  Tymczasem film ogląda się w napięciu nie mniejszym niż holywoodzką produkcję sensacyjną. Ale trzeba być bardzo uważnym (co trudne nie jest, bo jak napisałam, film wciąga). Tu każde słowo jest ważne, każdy półuśmiech, każde spojrzenie. 

Czułość wojny

Jednak to co w Mandarynkach jest najważniejsze, to historia. Historia z jednej strony dramatyczna i smutna, bo opowiada o wojnie, konflikcie, wrogości, śmierci. Z drugiej piękna, bo jest w niej miłość, przyjaźń, dobro i człowieczeństwo. W opowieści o Ivo, Margusie, Ahmedzie i Nice jest tyle ciepła i przekonania o tym, że człowiek może być dobry, aż nie chce się wierzyć, że jest to opowieść o brutalnej wojnie. Nie wiem na ile wydarzenia, które śledzimy na ekranie, w ogóle byłyby prawdopodobne. Mogą wydawać się naiwne. Ale wbrew wszystkiemu są optymistyczne. I piękne. Tak piękne, że długo o nich nie zapomnę i chcę wierzyć, że historia opowiedziana w Mandarynkach mogła wydarzyć się naprawdę.

Moja ocena: 8,5/10.

  • Pingback: Rosyjski konkurent „Idy” | Skrytka Magdaleny()

  • Pingback: Kalejdoskop styczniowy | Skrytka Magdaleny()

  • Tommy

    „W opowieści o Ivo, Margusie, Ahmedzie i Nice jest tyle ciepła i przekonania o tym, że człowiek może być dobry, aż nie chce się wierzyć, że jest to opowieść o brutalnej wojnie.”

    Ciekawa odskocznia od często eksplorowanego tematu „nienawiści i zła w człowieku”, jak w chociażby nie tak dawno wyświetlanym obrazie „Furia”. Muszę obejrzeć. Dzięki za polecenie filmu 🙂

%d bloggers like this: