Wyznaję

cabre_poprawione1

750 stron tekstu. Oryginał napisany po katalońsku. Miliony zachwyconych czytelników w całej Europie. Sława, trofea i miano najważniejszej powieści europejskiej ostatnich lat. Zgadnijcie o jakiej książce dzisiaj piszę?

Tak. Dokładnie o tej samej, która znajduje się na zdjęciu tytułowym. Wyznaję autorstwa Katalończyka Jaume Cabre. Powieść przeleżała u mnie na półce bardzo długo. Kupiłam ją jak tylko się ukazała i tak jakoś nie mogłam się zabrać. Czy dlatego, że jest taka grubaśna, czy dlatego, że takie wobec niej miałam oczekiwania i bałam się rozczarować? Nie wiem. Jedno jest pewne. Dużo wody musiało upłynąć, żebym zaparzyła wielki kubas herbaty i usiadła do czytania. Ale że zima w tym roku brzydka, wietrzna i mokra, wieczory długie, a ja pierwszy raz w życiu mam naprawdę dużo czasu, to oto przed Wami jeszcze cieplutkie jak świeże bułeczki moje wrażenia po lekturze.

Na wstępie od razu muszę zastrzec, że nie uważam, iż Wyznaję to kiepska książka. Absolutnie nie. Tylko tak to już chyba jest, że im większe oczekiwania, tym większe potem rozczarowanie. Bo niestety Wyznaję nie jest dziełem, które zmieniło moje życie. Nie jest to książka, która wstrząsnęła moją rzeczywistością, czy zapadła w pamięć na dłużej. I już tłumaczę dlaczego.

Językowo powieść jest doskonała. Talentu do lepienia słów i składania ich w całość autorowi odmówić nie można. Jeśli do tego dodamy częste zmiany osoby, w której Cabre pisze oraz wtrącenia z obcych języków, które zupełnie nie rażą i nie przeszkadzają w odbiorze, to Oskar za mistrzostwo słowa wędruje do Katalończyka. Wyznaję to książka wciągająca – czyta się ją szybko, lekko i sprawnie, co w dużej mierze stanowi zasługę języka. Lecz nie tylko. W akcji nie ma dłużyzn, cnych rozważań o niczym, a o głównych bohaterach i ich życiowych postawach dowiadujemy się przede wszystkim przez ich czyny, a nie słowa. Dzięki temu, choć tematyka poważna – bo obcujemy z istotą zła i jego genezą, czytałam Wyznaję jak dobry kryminał, z wypiekami na twarzy przewracając strony.

Wielość wątków i postaci przyprawia o zawrót głowy. Inkwizycja, trauma Auschwitz, brak miłości rodzicielskiej i wiele, wiele innych tematów rozsadzają nawet 750 stron. Do tego ilość odwołań do kultury i literatury jest ogromna. Podobno ogromna, bo przeciętny czytelnik i tak większości nie dostrzeże albo nie zrozumie (przeciętny czytelnik to ja). I tu pierwszy minus – za dużo było tego wszystkiego. Odniosłam wrażenie, że ilość nie przekłada się na jakość, a kolejne elementy układanki przestają mieć sens. Zabrakło mi takiej klarowności, jasności, jaką czułam czytając pod pewnymi względami podobną powieść Atlas chmur. Bo wielowątkowość sama w sobie nie jest błędem, ale powinna prowadzić do czegoś więcej niż mnożenie stron. Kolejną kwestią, która mnie w czasie czytania raziła, byli główni bohaterowie, którym Cabre nadał dość schematyczne cechy, jakby autor trochę się bał wlać w nich więcej charakteru i skrajności – zwłaszcza w Adriana. I nie poczułam związku ani z Adrianem, ani z Sarą, ani z Bernatem.  Do czego zmierzam: te dwa minusy sprawiły, że Wyznaję nie  zrobiło na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Nie powaliło na kolana. I nie mogę zaśpiewać z krytykami pochwalnego hymnu: przełom w literaturze

To po prostu wydmuszka – pięknie ozdobiona fantastycznym językiem, lekkim stylem i przebogatą erudycją. Nie. Wróć. Przesadziłam. Nie wydmuszka: to naprawdę dobra, ciekawa powieść, którą warto poznać również ze względu na wartościową treść. Jednak przeczytałam w swoim życiu naprawdę wiele dużo lepszych, dotykających duszy książek, które o popularności Wyznaję mogą po cichu śnić na półkach bibliotecznych. Sięgnąć po tę katalońską cegłę można bez poczucia straconego czasu, ale nie należy zapominać, że co dobra promocja, to dobra promocja.

Moja ocena: 7/10

%d bloggers like this: