Hobbit: Bitwa pięciu armii. Ale po co?

XXX HOBBIT-BATTLE-FIVE-ARMIES-MOV-JY-1157-.JPG A ENT

Na wstępie, dla niezorientowanych: kocham fantasy (książkowe i filmowe), a wielbić Tolkiena zaczęłam zanim pojawiły się plany kręcenia filmów o wrzucaniu złota do wrzącej lawy. Także każda wizyta w kinie na filmie o hobbitach powinna być dla mnie wielką przyjemnością i frajdą. Niestety.

O ile trylogia Władcy pierścieni przypadła mi nawet do gustu, o tyle już dwie pierwsze części Hobbita, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszej, po prostu mnie wkurzyły. Przerost formy nad treścią, na siłę wydłużane sceny, na siłę dopisywane historie (i w dupie mam, że pochodziły podobno z Silmallirionu, skoro były nudne i bez sensu). Żeby tylko rozbuchać fabułę tej krótkiej książeczki o przygodach poczciwego Bilba i kilku krasnoludów do epickich rozmiarów. Fanką nowych technologii nigdy nie byłam, a filmów w 3D nawet nie lubię, więc argumenty zafascynowanych iluśtam kratkowym czymś (???) ludzi nigdy do mnie nie przemawiały. Więc jeśli oceniasz filmy głównie pod tym kątem, to możesz przestać czytać już teraz. Bo ja w kinie szukam przede wszystkim historii, emocji, a nie spadających na mnie przedmiotów, i tak też oceniłam pierwszą część Hobbita: pod kątem historii i emocji. A tych tam niestety nie było. Druga część była o tyle łatwiejsza do przełknięcia, że szłam na nią bez żadnych oczekiwań. Brak oczekiwań zawsze ułatwia odbiór kultury.

I tak samo było z finałową częścią trylogii Hobbit: Bitwa pięciu armii. Zero nastawienia na wielką kinową przygodę, po prostu trzeba pójść do kina, żeby wyrobić sobie zdanie i nie milczeć jak cielę, słuchając dyskusji znajomych.

Pierwsze pozytywne zaskoczenie: film nie był nudny. Nie było dłużyzn, akcja toczyła się sprawnie i nawet wartko. Być może dlatego, że trwał najkrócej ze wszystkich części, bo niecałe 2,5 godziny. W każdym razie: obejrzałam trzecią część bez bólu i cierpienia. Ładne były też obrazki, graficy komputerowi się postarali. Z wyjątkiem może kilku scen, ze szczególnym uwzględnieniem latającego po walącym się moście Legolasa (śmiało się ze mną pół kina). Ale nie będę czepliwa. Bitwę oglądało się miło i przyjemnie. 

Czego mi natomiast brakowało bardzo, to właśnie tych dwóch cech, których w kinie szukam: historii i emocji. Historia była napisana na siłę i ja jej nie kupuję. Dużo wątków i bohaterów: odradzający się Sauron, groźne orki, sfiksowany krasnolud, miłość elfio-krasnoludzka (wygrała pojedynek na najbardziej bezsensowny i absurdalny element filmu), sprawiedliwi ludzie i bitwa o jakieś błyskotki. A w tym całym bogactwie fabularnym brak spójności, sensu, celowości i EMOCJI. Do żadnego z licznych bohaterów nie poczułam większej sympatii, z żadnym się nie utożsamiałam, przy żadnej scenie nie zabiło mi szybciej serce. Po wyjściu z kina zapomniałam o Hobbicie w jakieś pięć minut. Takich filmów są setki: ładne, nawet wciągające, ale bezrefleksyjne, o których się nie pamięta. Szkoda tylko, że do tej kategorii zaliczyć muszę superprodukcję, która naprawdę mogłaby mieć potencjał na fantastyczne kino, napisaną do tego na podstawie książek jednego z moich ukochanych pisarzy. Szkoda.

Podsumowując: Hobbit: Bitwa pięciu armii to film, który obejrzeć można. W porównaniu z dwoma poprzednimi częściami jest nawet ciekawszy. Jednak nadal jest to miałka, przeładowana historyjka o niczym. A tego nie uratują najlepsze efekty specjalne na świecie, najpiękniejsze zdjęcia i najbardziej wykwalifikowani graficy komputerowi.

Moja ocena: 5/10

  • rossonera

    Zgadzam się, że Bitwa pięciu armii była najlepszą częścią trylogii. Do kina chodzę przede wszystkim dla rozrywki (te „mądre” filmy oglądam w domu:)), więc efekty w 3 d zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A poza tym powrót do Śródziemia jest dla mnie zawsze wielkim, pozytywnym przeżyciem:)
    Pozdrawiam:)

  • W kinie nie byłam na żadnej części (dzieci, dzieci, jak już raz na pół roku ktoś ich nam popilnuje, to idziemy na coś, co naprawdę warto, a nie tylko wypada zobaczyć), ale oglądaliśmy ostatnio w domu pierwszą część i przysnęłam 😉 Niech to mówi samo za siebie. Tylko piosenka na koniec była ładna 😀

    • Oj tak, ścieżka dźwiękowa (ze wszystkich trzech części) naprawdę daje radę 🙂

      • Kaletniczka

        A ja drżę do tej pory, gdy słyszę muzykę z traileru 🙂 Sam film, jak dla mnie bomba i mimo wszystko, nie żałuję, że Jackson zrobił jednak 3 części 🙂

  • „obejrzałam trzecią część bez bólu i cierpienia” ja też! I też nie rozumiem filozofii „spadających na mnie przedmiotów”! Ale podobała mi się trzecia część. Nie uznam jej za epicką, ale na pewno nie żałuję wydanej na bilet kasy.

%d bloggers like this: