Amatorki

No i mam problem. Problem ogromny.

Bo zupełnie nie wiem, co napisać. Do Teatru Wybrzeże na spektakl Amatorki szłam bez szczególnych wymagań. Owszem, słyszałam, że sztuka jest całkiem niezła, nagradzana i warto ją zobaczyć. Znałam też (nie w całości, bo nie byłam w stanie przeczytać do końca) powieść Elfriede Jelinek na podstawie której przedstawienie nakręcono. Wiedziałam czego się spodziewać. Czy też raczej: myślałam, że wiem czego się spodziewać. Ale od początku 🙂

Amatorki to spektakl z założenia nowatorski. Mamy więc bardzo ekspresywną grę aktorską (do której jeszcze wrócę za chwilę), układy taneczne, choreografie, śpiewy, symulacje kopulacji, intensywne kolory, interakcję z widzami, oczywiście nagość (myślę, że większym zaskoczeniem niż gołe tyłki aktorów będzie przedstawienie w Teatrze Wybrzeże w którym aktorzy się NIE rozbiorą)*, dymy dyskotekowe – słowem wszystko to, co przeciętny reżyser stosuje żeby widza zszokować, zadziwić i utrzymać w przekonaniu, że ma styczność z kulturą wysoką, oryginalną i nowoczesną. Nie dla nas klasyczne formy wyrazu i standardowe rozwiązania teatralne. Jedziemy po hardkorze i wrzucamy do głębokiego wora z napisem Szok wszystko o czym w szkole uczyli, że jest nowoczesne.

phpThumb_generated_thumbnailjpg.jpgee

Co ciekawe (i chyba trochę dziwne), ten cały bajzel nie wyszedł reżyserowi najgorzej. Jest rytmicznie, popkulturowo, tandetnie. Kolorowy bałagan stanowi bardzo ciekawe i adekwatne tło dla ponurej i dramatycznej historii kobiet, które w związkach z mężczyznami upatrują źródła szczęścia i spełnienia. Ich jedyną ambicją jest być żoną i matką. Ambicją, dodajmy narzuconą przez społeczeństwo i świat w którym przyszło im żyć. Bo one same często działają wbrew sobie, wbrew temu czego naprawdę potrzebują. Ich życie jest puste, płytkie, nudne, biedne, a ich mężczyźni są tragiczni, stereotypowi. One karmią się złudzeniami, oni chcą tylko seksu i szybkiego spełnienia. Straszny świat. Prawdziwy świat. Myślę, że każda kobieta, nawet ta wykształcona, inteligentna, z rozbudowanym poczuciem własnej wartości odnajdzie skrawek siebie i swoich uczuć w postaciach Brigitte i Pauli. To poczucie, że coś musi, że coś powinna, że dzieci, że ślub, że trzeba. Amatorki to inteligentnie i z wrażliwością opowiedziana historia relacji damsko-męskich, stereotypów i marzeń, które zderzają się z rzeczywistością. Bez happy endu. Bardzo mi się podobało to zestawienie: kolory-pozory-fajerwerki, jako kontrast dla pustego i szarego życia głównych bohaterek. Jedyna rozrywka: mężczyzna i dyskoteka. Takie potraktowanie tematu może nie jest szczytem oryginalności, ale jest na tyle interesujące, że się broni. Wybaczam reżyserowi tą efektow(n)ą sraczkę.

Wybaczyć i zrozumieć nie mogę innej rzeczy. Po co, na co i dlaczego w takim spektaklu tragicznym, podszytym nutką ironii, znalazły się prymitywne żarty na poziomie jakiegoś kabaretowego szoł w telewizji publicznej?! Jeśli celem był ostry tragikomizm – nie wyszło. Jeśli celem było oszczędzenie widzowi zbyt dużego stresu i rozluźnienie – nie wyszło tym bardziej (ja się na przykład wkurzyłam). To nie było potrzebne. Gdzieś w połowie spektaklu poziom żartu z lekko szyderczego i idealnie grającego z konwencją spadł do poziomu dna. Potem była kopulacja nago, która też była moim zdaniem bez sensu*, potem reżyser wrócił do poziomu z początku spektaklu, by zakończyć go naprawdę dobrze. Lecz niesmak pozostał. Nie wiem czy te straszne żarty to autorski pomysł reżysera, czy po prostu tak było w książce (chociaż te kilkadziesiąt stron, które przeczytałam nie było wcale śmieszne). Dla mnie jest to bez znaczenia, po prostu mi się taka mieszanka nie podoba. **

Aktorsko było poprawnie, momentami bardzo dobrze. Dużo było krzyku i emocji, i choć żadna z ról nie przyprawiła mojego serca o przyspieszone bicie, to bardzo podobała mi się Dorota Androsz w roli Brigitte. Nagłośnienie, jak to standardowo na mniejszych scenach Teatru Wybrzeże bywa – do bani. 

phpThumb_generated_thumbnailjpg

I sami widzicie. Nie wiadomo co napisać. Bo gdyby nie te koszmarne żarty, to zakwalifikowałabym Amatorki do kategorii przedstawień zdecydowanie wartych polecenia, interesujących i zmuszających do myślenia. Bo takie ono w swojej istocie jest, tylko że cały pozytywny odbiór zaburzyły mi wstawki rodem z kiepskiego kabaretu. I co mam teraz zrobić? Jaką ocenę wystawić, jak żyć? 😉

Moja ocena: ???/10

* Nie jestem przeciwna nagości w teatrze jako takiej. Jeśli ma coś pokazać, coś zaakcentować, coś znaczyć. Na przykład w Broniewskim (moja recenzja klik) była uzasadniona, pokazywała ogołocenie bohatera ze złudzeń, z ideałów, jego pustkę. Ale nagość w spektaklu o seksie? No sorry. Nuda i klisza.

** Długo czekałam z opublikowaniem tego wpisu, bo z ciekawości chciałam jeszcze raz sięgnąć po książkę. Ale szukałam, szukałam i nie znalazłam 🙁 Jak kiedyś dorwę i przeczytam, to może zrobię małą edycję tekstu. A może nie 😉

%d bloggers like this: