A kiedy przyjdą podpalić twój dom…

Dziś będzie tragicznie, wojennie, polsko i trochę refleksyjnie…

 bo chciałabym Wam opowiedzieć o sztuce, którą miałam okazję obejrzeć na deskach Teatru Wybrzeże. Zapraszam na recenzję Broniewskiego, autorstwa Radosława Paczochy, w reżyserii Andrzeja Orzechowskiego,

I muszę na wstępie Wam powiedzieć, że od jakiegoś czasu, czy też raczej od jakiś trzech spektakli, nasz gdański teatr mnie zaskakuje. Pamiętam, był taki czas, że średnio raz na 9 miesięcy (nadzieja na narodziny czegoś lepszego?) postanawiałam dać naszemu rodzimemu teatrowi szansę. I za każdym razem okazywało się, że na tę szansę nie zasłużył. To co widziałam na scenie było nudne, irytujące, pretensjonalne. W najlepszym razie po prostu przeciętne. I tak trwałam w swoich zawodach do czasu rewelacyjnych Czarownic z Salem. Potem dane mi było obejrzeć poruszające Ciała obce i w miarę znośne (g)Dzie ci faceci. Biorąc pod uwagę moje poprzednie doświadczenia bilans ostatnich spektakli wyszedł całkiem nieźle. Dlatego też z lekkim drżeniem serca i ogromną nadzieją, pomieszaną z jeszcze większym niepokojem, szłam na najnowszy, trzy i pół godzinny (sic!) hit Teatru Wybrzeże pt. Broniewski. Obiecaliśmy sobie nawet z Pawłem, że jeśli będzie źle, po prostu wyjdziemy w przerwie i nie będziemy marnować naszego cennego czasu na oglądanie szmiry.

phpThumb_generated_thumbnailjpg (5)

Nie było jednak takiej potrzeby.

Od początku zachwyciła mnie scenografia, ascetyczna, minimalistyczna, ale uderzająca w twarz. Aktorzy przez całą sztukę biegali po lekko pokiereszowanym i pogiętym krzyżu Virtuti Militari. Odznaczeniu, które otrzymał skrzywdzony przez Polskę główny bohater, odznaczeniu, które znaczyć powinno dla Polaka najwięcej. A ono leży: poniszczone, deptane. Poza tym dominowała prostota: we współczesnych, ciemnych i stonowanych strojach aktorów, w warstwie dźwiękowej, której leitmotivem był niepokojący zgrzyt. Jakby ruszało się koło zębate historii.

To wszystko stanowiło tło dla przejmującej opowieści o poecie. Artyście, który jakby go źle nie oceniać (a reżyser nie ocenia go wcale – za obiektywną narrację – ogromny plus, niech widz oceni bohatera sam, o ile w ogóle oceniać Broniewskiego powinien) dostał od Polski i historii mocno po dupie. Historia jest fascynująca, pełna zwrotów akcji, trochę jak z filmu przygodowego. Mamy powtórkę z dziejów Europy I połowy XX wieku. Być może jestem tu stronnicza, bo generalnie uważam, że okres I i II wojny światowej oraz dwudziestolecia międzywojennego za jeden z ciekawszych, ale Broniewski to naprawdę rewelacyjna opowieść, choćby w wersji fabularnej.

phpThumb_generated_thumbnailjpg (3)

Jednak oprócz tych wszystkich konfliktów zbrojnych mamy drugą warstwę fabuły, jaką jest los i walka wewnętrzna głównego bohatera. Nie ma tu spraw prostych i oczywistych. Nie ma czerni i bieli, są za to nieskończone odcienie szarości i przedziwna feeria barw. Szarości – bo nic nie jest jednoznaczne, ani poeta, ani historia. Feeria barw, bo poeta to komunista, szlachcic, piłsudczyk, alkoholik, patriota, kolaborant, kochanek, sprzedawczyk, kochający ojciec, złamany przez życie starzec. I wszystko się zmienia, życie jest fascynujące, pasjonujące, pełne emocji. Życie jest straszne, pełne tęsknoty, ustępstw, przerażenia, trwogi.

Wiek XX w całej swojej okazałości. Poeta jest Polską. Targaną przez historię.

Powiem Wam, że choć spędziłam w teatrze trzy i pół godziny, a przedstawienie było naprawdę wymagające emocjonalnie, to nie czułam znużenia i chciałam więcej. Ten czas minął błyskawicznie, tak że nawet nie zdążyłam poczuć jak niewygodne są fotele w teatrze.

Jeśli mogę się przyczepić (a oczywiście mogę), to jedno co mnie nie powaliło w spektaklu na kolana to gra aktorów. Była dobra, poprawna, jednak wkradło się sporo (zwłaszcza na początku, więc nie można zrzucić tego na karb zmęczenia) zająknień i drobnych błędów. W żadnym momencie nie poczułam tego zrywu serca, tego uczucia, że nie oglądam aktora, tylko prawdziwą postać*. Bardzo pozytywnie wypadli Michał Jaros i Robert Ninkiewicz, odtwarzający role Broniewskiego młodego i starszego. Pięknie zgrali się w swoich interpretacjach postaci. Do tego stopnia, że zmiana powłoki zewnętrznej poety była praktycznie niedostrzegalna. Jednak nikt tak naprawdę mnie nie porwał.

phpThumb_generated_thumbnailjpg (2)

Myślę sobie, że Broniewski to spektakl ważny dla zrozumienia naszej historii i polskości. W przystępny, ciekawy i obiektywny sposób pokazuje tragiczne losy naszego kraju. Stawia liczne pytania, które każdy z nas powinien sobie zadać. Naprawdę bardzo mocno ją polecam. A jeśli nie przekonują Was te argumenty, to po prostu idźcie do teatru na porządny kawałek dobrej sztuki 🙂

Moja ocena: 8/10

* Tu chyba muszę zaznaczyć, że na teatrze znam się lekko pół średnio, a na aktorskiej grze to już w ogóle nie znam się wcale. Nie znaczy to jednak, że nie mam prawa do wypowiedzi na ten temat. Mam. Odbieram teatr emocjonalnie i intuicyjnie. Co więcej, uważam, że dla takich osób jak ja teatr jest tworzony. Nie dla krytyków, nie dla specjalistów. Tylko dla widzów. I to, jak oni odbierają przedstawienie, jest kwestią niejako elementarną.

%d bloggers like this: