Morfina i słów kilka o moich uprzedzeniach

Szczepan Twardoch

Muszę się wam do czegoś przyznać. Ale nie mówcie nikomu!

Jestem totalnym abnegatem i laikiem w kwestii współczesnej literatury polskiej! Jakoś tak sobie wkręciłam, że nasi młodzi autorzy to pseudointelektualne dno, dziwna nowomowa i bełkot. Nie wiem skąd się wziął we mnie ten pomysł, ale przez wiele lat trzymałam się go twardo i uparcie, programowo gardząc rodzimą powieścią tworzoną na przełomie wieków. Bardziej to były podświadome działania, niż zamierzony i wycelowany w nieszczęsnych pisarzy bunt, ale fakt pozostaje faktem. Współczesna literatura polska jest dla mnie … hmm… obca.

Co zabawne, do sięgnięcia po autorów obłożonych madziową klątwą nieczytania, zachęciła mnie seria Szybkich i wściekłych – filmy którymi gardziłam równie mocno, jak polską literaturą. Pewnego pięknego dnia, wypełniając obowiązki dobrej i kochającej żony oraz nęcona obietnicą dużego popcornu, wylądowałam w chłodnej sali kinowej na maratonie o samochodach znacznie przekraczających dozwoloną prędkość. I po 20 minutach już wiedziałam: te filmy są skrajnie durne, komercyjne i prymitywne, ale je kocham. I chcę więcej.

I nie było wcale tak, że dzień po tym przełomowym seansie pobiegłam do księgarni i wykupiłam wszystko co napisano w Polsce od 1996 r. Dużo czasu minęło, zanim sięgnęłam w empiku po rodzimą powieść i pomyślałam: to może być dobre. Nie. Lecz moje doświadczenie z Vin Dieslem uświadomiło mi, że czasami to, co w moim mniemaniu zupełnie do mnie nie pasuje czy nie leży w moim guście, może okazać się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Tak trafiłam na Morfinę Szczepana Twardocha. Książkę genialną. Mocną. Wypruwającą flaki. Momentami czytając ją miałam fizyczne mdłości. Polecam ją każdemu, ale nie jako rozrywkę na urlop, tylko jako Literaturę. Taką prawdziwą, z krwi i kości. Która zmusza do myślenia i wymaga wysiłku, aby przez nią przebrnąć. Ale warto – naprawdę.

Twardoch funduje czytelnikowi podróż. Podróż po Warszawie liżącej rany po wrześniowej klęsce. Starannie przedstawiona epoka, która w kulturze często jest pomijana. Znamy dobrze Powstanie Warszawskie, leśną partyzantkę lat czterdziestych, obozy koncentracyjne i getta. Ale to co działo się tuż po naszej wielkiej przegranej? Pierwszy raz natknęłam się na powieść (ale też film czy serial), która za tło wydarzeń ma własnie jesień 1939 roku. Duży plus za ten wybór oraz za to, że czytając czułam te godziny pracy, które Twardoch musiał spędzić przygotowując warstwę historyczną.

W tak przedstawionej scenerii rozgrywają się wydarzenia powieści i odbywamy drugą podróż – wędrówkę w głąb zwichrowanej psychiki głównego bohatera. Jest nim słaby i zagubiony Konstanty Willemann. Ni to Niemiec, ni to Polak, otoczony silnymi kobiecymi osobowościami żony, matki i kochanki. Morfinista i alkoholik. Bez prawdziwego zawodu i prawdziwych zdolności przed wojną najchętniej zajmował się konsumpcją życia. Po wrześniowym Blitzkriegu szuka dla siebie miejsca w nowym świecie i w swojej własnej głowie. I w tej głowie cały czas rozbrzmiewa głos. Słyszymy nieustający monolog Konstantego, w którym towarzyszy mu dziwna postać kobieca. Powstała z szarości i w szarość Konstantego wciągająca, Mojra, która przędzie nić losów. Portret psychologiczny głównego bohatera jest prawdziwy, bogaty i wstrząsający. Momentami wręcz bolesny.

I kolejny zachwyt. Tym razem nad warstwą językową powieści. Jest doskonała. Niepokojąca. Nowatorska. Zakochałam się.

Moja ocena: 9/10

  • Zawsze chciałam przeczytać książkę „Morfina”, tyle już o niej słyszałam, ale jakoś mi nie po drodze. Moją uwagę zaprząta zwykle jakaś inna książka, która koniecznie muszę przeczytać. Z dużo ciekawych lektur, za mało czasu 😉

    • Znam to 🙂 Na mojej półce (a właściwie półkach) z książkami do przeczytania znajduje się ogromna ilość książek. Niektóre leżą tam od miesięcy, a ja wracam z biblioteki, księgarni i antykwariatu z nowymi łupami. Niestety, doba ma tylko 24 godziny 🙂

  • Długo walczyłam sama ze sobą, żeby przeczytać Morfinę. Według mnie bardzo dobrze napisana książka.

    P.S. Czasami miałam ochotę rzucić książką o ścianę bo byłam wściekła na Szczepana. Też tak miałaś?

    • Nie 😉 Akurat rzucać Morfiną nie miałam ochoty 😉 Ale czytałam ją z przerwami, bo żeby się za nią zabrać musiałam mieć dobry dzień, czysty umysł i siły intelektualne w gotowości.

  • Pingback: [Warto zajrzeć] #15 | Tramwaj nr 4 książki i...()

  • Viv

    Jeżeli ta książka jest w połowie tak dobra, jak twoja recenzja, to nie żałuję, że ją kupiłam. Miałam (mam?) podobne odczucia jeśli idzie o współczesną polską, i teraz powoli się przełamuję. Na pierwszy ogień parę lat temu poszły kryminały, i okazuje się, że rodzimi twórcy potrafią sporo zdziałać na tym polu. Więc niby czemu literatura ambitniejsza miałaby im nie wyjść?
    A tak na marginesie przekonałam się ostatnio, że warto od czasu do czasu wyjść ze swojej strefy komfortu i na przykład zobaczyć serial, o którym się zarzekałam, że w życiu, że nigdy. Nie dość, że super rozrywka, to jeszcze inspiracja do książkowych poszukiwań. 🙂

    • Bardzo mi miło, że moja recenzja Ci się spodobała 🙂 Dziękuję za miłe słowa. Ja też zaczęłam od kryminałów, od kilku lat zaczytuję się w Krajewskim, uważam, że jest genialny! Pozdrawiam 🙂

  • Od miesiąca czytam Morfinę, 2/3 już za mną. Zdecydowanie nie jest to lektura na weekend, zgadzam się z Tobą, że trudno przez nią przebrnąć. Jednak już od pierwszych stron zachwyciła mnie narracja… Genialna. Czytając to dzieło Twardocha, nie mogłam wyjść z podziwu. Nadal nie mogę!

  • Pingback: Wspomnień czar, czyli 8 moich ulubionych książek… – Skrytka na kulturę()

  • Pingback: Drach i Nagroda Literacka Nike - Skrytka na kulturę()

  • Pingback: Król Szczepana Twardocha - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: