100 happy days – moje wrażenia po 30 dniach

szczęście

W moim domu rodzinnym na półce stoi bardzo gruba książka: Traktat o szczęściu Władysława Tatarkiewicza. Cielęciem będąc usiłowałam to dzieło przeczytać. Szybko jednak zrezygnowałam. Wiecie czemu? Bo w przebłysku zdrowego rozsądku, tak rzadkiego przecież, w moim płochym, nastoletnim umyśle, uznałam że analizowanie filozoficznych i teoretycznych rozważań o szczęściu jest … głupie. I na pewno nie zbliża mnie do osiągnięcia tego wymarzonego ideału szczęśliwości. Ani o krok. Nie ujmując niczego armii wybitnych filozofów, akurat w tym przypadku poznawanie teorii nie zdało mi się na wiele.

Tatarkiewicz i jemu podobni nie są jedynymi, którzy chcą zdobyć złote runo. Dążenie do szczęścia, to chyba jedna z najnaturalniejszych ludzkich cech. Każdy chce być szczęśliwy. Powstają podręczniki typu Szczęśliwy w 24 godziny. Poradnik praktyczny, blogi, filmy i książki koncentrujące się na tym temacie. Oraz akcje takie jak 100 happy days. Ta konkretna ma na celu uświadomić nam, że trzeba doceniać małe przyjemności i radości. Że szczęście to nie wielka wygrana w totka, zagryziona równie wielką miłością, ale przede wszystkim wykształcenie umiejętności cieszenia się drobiazgami. Osoba deklarująca zamiar udziału w wyzwaniu, zobowiązuje się publikować w mediach społecznościowych codziennie (to bardzo ważny element, ciągłość jest istotna) fotografię przedstawiającą jakąś radosną chwilę. Z ciekawością, ale też sporą dozą sceptycyzmu podjęłam wyzwanie.

I co się okazało? Otóż absolutnie nie jestem w stanie publikować codziennie swojego happy momentu. Z dwóch powodów. Po pierwsze są takie dni, które nie mają ani jednej pozytywnej chwili wartej uwiecznienia. Takiej, którą się cieszę w pełni, doceniam to, że jest, celebruję ją. Tjaaa. Podam przykład. Poniedziałek: 6:00 dzwoni budzik. Po zaledwie dwóch godzinach snu (cykliczny problem występujący z niedzieli na poniedziałek) zwlekam się z łóżka w trybie zombie. Jak zombie szykuję się do pracy, na śniadanie wsuwam okropną, kaloryczną drożdżówkę z budy pod tunelem, bo nie mam na nic innego czasu. W pracy poprawiam puszką coli i trzema (a co!) kawami. Zaś moje menu w ciągu dnia składa się z pieczywa, serka wiejskiego i jabłek (dwóch). Do 18:00 pracuję jak przy taśmociągu w fabryce, telefon się urywa. Współpracownicy irytują, klienci drażnią. Gdyby wzrok mógł zabijać… O 18:00 dojeżdżam zatłoczonym tramwajem do domu, tylko po to by odkryć, że mojemu syneczkowi (w sensie mojemu Kotu) odnowiła się infekcja oka. Kot w transporter – ładowanie Morrisa przypomina coś między Trzecią Wojną Światową, a galą KSW. Czas oczekiwania u weterynarza – 45 minut. Czas spędzony na badaniu: 2 minuty. Wydane pieniądze: 50 zł. Werdykt: jeśli nasze dzieciątko nie wydobrzeje do środy, to znaczy, że czeka go bolesne i inwazyjne badanie kanalików łzowych. Wracam do domu. Morris nie chce ze mną gadać, idzie w kąt i patrzy spode łba. Jest 20:30. Otwieram lodówkę, jem pierwsze z brzegu coś. Myję się. Idę spać. Jaki to do cholery happy day? To jest bardzo zły dzień i nie zamierzam się w nim doszukiwać radosnych chwil, robiąc zdjęcia serka wiejskiego albo kota na weterynaryjnym stole. Albo irytującego klienta. Pan poczeka! Zrobimy sobie selfie i wrzucimy na Insta. Celebrujmy ten moment, kiedy ja panu tłumaczę prawne zawiłości, a pan nie rozumie nic z tego co mówię, przez co nawzajem się irytujemy. Czasami zdarzają się dni rodem z koszmaru i nie zamierzam tego negować, na siłę robiąc zdjęcia. Każdy tak ma. I to nie jest nic złego. Dzięki tym złym jesteśmy w stanie docenić te dobre dni. Ale żeby na siłę szukać w nich czegoś czego w nich nie ma? Po co?

Po drugie są czasami takie chwile, których po prostu nie można uwiecznić na zdjęciach. Chwile kiedy wygłupiamy się z Pawłem. Albo kiedy się całujemy. Zaangażowane i emocjonalne plotki z przyjaciółkami. Patrzenie się w niebo, gdy przelatują po nim ptaki. Kąpiel nocą w jeziorze. Chwila duchowego porozumienia z przypadkowym przechodniem na ulicy (tak, to się zdarza!). Wstrząsający fragment w czytanej książce. I wiele innych intymnych, ekscytujących, fascynujących, dzielonych z drugim człowiekiem momentów. Kto normalny w takich chwilach myśli o wrzuceniu foty na Instagram?! Wyciąganie w takiej sytuacji smartfona jest równie idiotyczne co selfie z klientem.

I jeszcze jedno – najważniejsze. Ja umiem doceniać i celebrować chwile. Może nie mogę o sobie powiedzieć: tak, jestem szczęśliwym człowiekiem, ale na pewno zdolność dostrzegania małych szczęść mam opanowaną. Po to właśnie służy mi Instagram, by uwieczniać dobre rzeczy. I tak jak w latach nastoletnich uświadomiłam sobie, że w poszukiwaniu szczęścia sucha teoria nie przyda mi się na nic, tak teraz stwierdziłam, że tego typu ćwiczenia praktyczne, mogą mnie prędzej przybliżyć do frustracji, niż nirwany. Nie tędy droga do mojego szczęścia. Którędy, zapytacie? Nie mam pojęcia, ale jestem głęboko przekonana, że ono siedzi gdzieś we mnie w środku. Może dojdę do niego codzienną pracą nad charakterem? Może wdzięcznością? A może nie myśleniem, tylko działaniem?

Wyzwanie 100 happy days może się faktycznie przydać komuś, kto nie docenia drobiazgów. Mi nie jest potrzebne. Do tego uważam, że zmuszanie się do robienia zdjęć wtedy kiedy nie mamy takiej potrzeby/ochoty jest bez sensu. Ale wiecie co? Zamierzam nadal wrzucać na swój Instagram zdjęcia i tagować je #100happydays. Bo bardzo bym chciała na koniec zebrać 100 fajnych momentów. I zrobić podsumowanie na blogu. Mam przeczucie, że taka zgromadzona w jednym miejscu pozytywna setka, to będzie coś bardzo fajnego! No i oczywiście zdjęcia będę robić wtedy, kiedy najdzie mnie na to ochota. 10 razy dziennie albo raz na tydzień.

  • Podzielić się częścią radosnych momentów w życiu zawsze można, na pewno nie da podzielić się wszystkim 😉 Ale pomysł fajny, lepsze to niż jakieś narzekanie 🙂 I oby ta setka szybko i przyjemnie Ci się dodawała 😉

    • Dziękuję 🙂 Pomysł jest na pewno ciekawy, stąd zresztą jego tak duża popularność. Ale w moim wydaniu powinien nazywać się chyba 100 happy moments 😀

    • Zgadzam się. Jednocześnie (pewnie tego nie potrzebujesz Magdo), ale bardzo współczuję takich dni. Wysypiaj sie 😉

      • Na szczęście nie zdarzają się często. A z tym wysypianiem: żeby to było takie proste 😉

  • A ja chyba sięgnę do tego Tatarkiewicza :).

  • simpliciteblog

    A ja chyba sięgnę po tego Tatarkiewicza 🙂

%d bloggers like this: