Filmowy kit i filmowy hit

maxresdefault

Noe: wybrany przez Boga i Grand Budapest Hotel. Dwa filmy. Oba nakręcone przez uznanych reżyserów, których bardzo cenię. Oba z przegenialną, topową obsadą. Oba obejrzane w ostatnim tygodniu. Kit i hit – w takiej właśnie kolejności.

Noe: Wybrany przez Boga

Noe nigdy nie był na liście moich priorytetów kinowych. Ot tak, poszłam razem z P., bo chciał obejrzeć. W stosunku do takich filmów jestem mało krytyczna i dość tolerancyjna. No wiecie, brak oczekiwań i większej zajawki sprawia, że bywam często pozytywnie zaskoczona. Czasem taki przypadkiem wybrany film trafi do mojego kanonu (Szybcy i wściekli <3). Zdarzają się jednak  nieprawdopodobne gnioty. Takie jak Noe!

Nuda, nuda, nuda

Noego można podzielić na dwie części – budowanie arki i potop właściwy. Obie są nudne, pozbawione napięcia i wigoru i nie, nie chodzi o to że przeciętnie wydedukowany i bywający w młodości w kościele osobnik wie co się wydarzy. Nudna jest akcja, dialogi, postacie, scenografia, scenariusz. Przydługie sceny. Wszystko. Dobrze radzę, jeśli już koniecznie chcecie doświadczyć na własnej skórze tego koszmaru, to puśćcie sobie film od połowy, bo pierwsza część jest tak nudna, że P. na niej zasnął (serio…).  Ale lepiej obejrzyjcie wiadomości rolnicze albo przeczytajcie instrukcję obsługi ekspresu do kawy. Przynajmniej się czegoś dowiecie.

Wielki finał

Rozczula zakończenie. Najpierw Emma Watson tłumaczy Noemu i nam, tępym widzom, o co chodziło w filmie i właściwie po co to wszystko my i główny bohater przeszliśmy. Tak na wszelki wypadek. Gdyby ktoś jednak nie zrozumiał. Później jest tylko lepiej – zbliżenie na twarz Noego, światło (w domyśle Bóg), ponowne zbliżenie na twarz, krajobraz, światło. Ludzkość narodzi się na nowo, możemy iść do domu! Hurrraaaa!

Elementy humorystyczne na plus

Niezamierzone, ale nadające kolorytu, sceny komiczne ratują film. Pierwsza z nich to tata-psychopata wyglądający zza winkla. Drugą jest finałowy rzut wylinką (dla niewtajemniczonych: skóra rajskiego węża), która, nie do końca wiadomo dlaczego, jest w filmie elementem istotnym.

Nie róbcie sobie tego. Nie oglądajcie tego filmu. Obejrzyjcie cokolwiek innego, nawet jeśli ma to być Harry Potter po raz dwudziesty. Serio.

Grand Budapest Hotel

Grand-Budapest-Hotel

Bajeczna Zubrowka

Najbardziej urzekł mnie świat wykreowany w filmie. Bajkowa stylistyka, trochę jak z teatru lalek. Pełne, intensywne kolory. Wszystko dopracowane w każdym calu. Perfekcja. I fikcyjna republika Zubrowki, która zachwyca środkowoeuropejskim, alpejskim klimatem. Trochę tu skojarzeń z Budapesztem (łaźnie), trochę z Wiedniem (wysublimowane wyroby cukiernicze), trochę ze Szwajcarią (hotel w wysokich górach). Przepiękna filmowa podróż.

Wartka akcja

O. Tu się dzieje. Tajemniczy zgon, spadek, warte fortunę dzieło sztuki, złoczyńcy, pościgi, wojna, romans, ucieczka z więzienia. I mogłoby się wydawać, że to za dużo. Ale właśnie w zestawieniu z bogactwem przedstawionego świata taka wartka i mocno obładowana akcja wygrywa podwójnie. Tu wszystko do siebie pasuje i komponuje się w piękną, bogatą i pyszną całość. Mniam.

Elementy humorystyczne na plus

Z tym że tutaj był to zabieg zamierzony. Subtelne i delikatne żarty są wisienką na torcie, ukoronowaniem. Połączone z naprawdę dobrą grą aktorską nieustannie wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Dowcip przemieszany z nostalgią i tęsknotą za minionymi czasami. Znowu proporcje idealne.

Zróbcie to sobie. Wyłączcie Harrego Pottera i obejrzyjcie ten film. Warto. Serio 😀

%d bloggers like this: