Mój mini przewodnik, czyli jak nie zginąć w Barcelonie!


We wrześniu mieliśmy okazję spędzić tydzień w Barcelonie. Było przegenialnie, ale muszę przyznać, że to miasto niesie ze sobą zarówno miłe niespodzianki, jak i zagrożenia, a wizyta w nim dłuższa niż kilka godzin, może zaboleć Wasz… portfel.  Bogata w tygodniowe doświadczenie, mam dla Was 9 rad i ostrzeżeń, abyście wspominali wizytę w Katalonii jako wyjazd życia, a nie drogę przez mękę! 

1. Lotnisko i dojazd

Samoloty z pasażerami zmierzającymi do stolicy Katalonii lądują na dwóch lotniskach. Pierwsze z nich – El Prat – jest większe i położone bliżej Barcelony. Drugim z nich jest, przeznaczone chyba specjalnie dla tanich lotów, lotnisko w Gironie. Jeżeli jesteście Polakami podróżującymi Ryanairem (a jeśli to czytacie to zapewne tak jest ;-P), wylądujecie w Gironie. Z lotniska odjeżdżają praktycznie co godzinę autobusy prosto do Barcelony, więc z transportem nie ma najmniejszego problemu (chyba że tak jak my przylecicie po północy, wtedy można spędzić noc w którymś z przylotniskowych hoteli). Inną opcją niż bezpośredni autobus do Barcelony, moim zdaniem zdecydowanie ciekawszą, jest wizyta w samej Gironie (autobus z lotniska ok. 3 euro). Zwiedzanie tego przeuroczego i bardzo interesującego miasta zajmie Wam parę godzin. Następnie można wsiąść w pociąg (ok. 8 euro) i ponad godzinę później znaleźć się u celu podróży. 

Łaźnie w Gironie
Przepiękny spacer po ogrodach Girony
Widok na Gironę z murów obronnych

2. Transport publiczny

Generalnie zawsze polecam zwiedzanie miasta na piechotę. Jeśli jednak macie mało czasu, niewygodne buty albo ambitne plany, czasem po prostu trzeba wsiąść w metro. Najlepszym rozwiązaniem jest kupno w automacie biletu na 10 przejazdów (1 bilet = 1 euro, czyli ceny jak w Gdańsku…), z którego może korzystać więcej niż jedna osoba (po prostu przekazujecie sobie bilet nad bramkami). Obowiązuje on na metro, tramwaje, autobusy. Opłaca się :-).

3. Zakwaterowanie

Tu mogę Wam polecić baaardzo tani (za dwie osoby, za tydzień zapłaciliśmy 900 zł) i przyzwoity hostel – Pension Iniesta. Posprzątane pokoje z czystą (!) łazienką, przemiła obsługa, codzienna zmiana pościeli i ręczników, szybkie wi-fi w recepcji. Nie wiem jak wyglądały inne pokoje, ale nasz był bardzo przyzwoity. Do tego fantastyczne położenie tuż przy stacji metra i 10 minut spacerkiem do La Rambli, genialny widok z okna i bliskość sklepów, piekarni i knajp sprawiła, że nie mogliśmy po prostu podjąć lepszego wyboru. Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że za taką cenę luksusów nie będzie i płacimy po prostu za możliwość wymycia się i przespania w łóżku. Ale czy w takim mieście jak Barcelona potrzeba czegoś więcej? 

Widok z naszego okna w Pension Iniesta

4. Język

Uwaga! Tu obowiązuje kataloński! Mimo że teoretycznie jesteśmy w Hiszpanii, musimy pamiętać, że mieszkańcy Katalonii silnie akcentują swoją odrębność, również językowo. Ale nie martwcie się! Bez problemu dogadacie się po hiszpańsku, a nawet po angielsku (na poziomie podstawowym, ale jednak). 

5. Zwiedzanie – drogo, ale może być też tanio (albo za darmo)

Za darmo są m.in. plaże (ale przynajmniej te w centrum miasta urodą nie grzeszą), Zamek Montjuic (fenomenalny widok na całe miasto), ogrody Montjuic (przepiękne, warto się do nich wybrać rano, bo niektóre szybko zamykają), Pierścień Olimpijski, Park Guella, wejście do większości kościołów (godna polecenia Bazylika św. Marii Morskiej z patio na którym można spotkać gęsi!), pokaz magicznych fontann na Placa d’Espanya. Warto też zajść do niektórych muzeów – my odwiedziliśmy m.in. Muzeum Picassa – osoby poniżej 29 roku życia płacą 6 euro (pozostałe 14 euro). Jednak niestety, jeśli marzy Wam się wizyta w znanych na całym świecie perłach modernizmu, szykujcie portfele. Sagrada Familia – 15 euro, zaprojektowane przez Gaudiego Casa Batllo – 18,15 euro (!), Casa Mila – 16,50 euro. Razem 50 euro, czyli ponad 200 zł. Sporo, prawda?

Widok z Montjuic
Ogrody Montjuic
Ogrody Montjuic
Pierścień Olimpijski i Wieża Telekomunikacyjna
Bazylika św. Marii Morskiej

Casa Batllo
Casa Mila

6. Dzikie tłumy.

Oglądaliście Vicky Christina Barcelona Allena? Widzieliście te nostalgiczne, romantyczne uliczki, swobodną rozmowę w Parku Guella przy głowie smoka (symbol Barcelony)? Myślicie, że to miasto tak wygląda? Hahaha ;-P. Przykro mi. Nie. Zagęszczenie turysty na metr kwadratowy jest w Barcelonie niewyobrażalne. Owszem, można znaleźć miejsca spokojniejsze, ale na głównych turystycznych trasach jest momentami tak tłoczno, że aż straszno. I okropne kolejki (na godzinę stania) do wszystkich ważniejszych miejsc. Na szczęście do niektórych z nich (np. do Sagrada Familia) można kupić bilet przez internet. Jadąc do Barcelony trzeba się na ten tłok przygotować. I wyrzucić do śmieci romantyczne wizje. Z drugiej strony, dzięki tym wszystkim ludziom Barcelona żyje i jest energicznym, młodym, imprezowym miastem. Taki ma charakter i taką ją trzeba pokochać :-).

Kolejka do Muzeum Picassa

7. Uwaga złodziej!

No właśnie… z dzikimi tłumami nieodłącznie związani są bezwzględni złodzieje portfeli. Do tego po ulicach krąży masa chłopaczków, którzy chętnie ci coś sprzedadzą, a przy okazji pobiorą prowizję w postaci Twojej komórki ;-). Jak nie zostać okrutnie skrojonym? Niestety. Trzeba cały czas uważać. Nosić torebkę z przodu w zasięgu wzroku (w okolicach brzucha), nigdy z tyłu, w dużym tłumie najlepiej jeszcze trzymać ją w rękach. No i nie przechowywać wszystkich pieniędzy w jednym miejscu. Paweł nosił część naszej gotówki w takiej sakwie na brzuch. Może to i trochę obciach, ale za to kasiora była bezpieczna!

8. Wycieczki poza miasto

Będąc w Barcelonie trochę dłużej warto udać się poza jej granice i wzbogacić nieco wyjazd. Tym bardziej, że jest w czym wybierać. Poza Gironą, którą zwiedzamy przy okazji przylotu/odlotu, polecam wizytę w Montserrat (pociągiem ze stacji Placa d’Espanya, następnie kolejką linową lub naziemną – bilet łączony z wejściem na wystawę i przejazdem górskim wagonikiem kosztuje 27 euro), czyli klasztoru położonego w niezwykłej scenerii w górach. Zaopatrzcie się w dobre buty trekingowe i ubierzcie wygodnie – z klasztoru można wejść jeszcze wyżej i urządzić sobie spacer po przepięknych górach. Z tej samej stacji odjeżdża pociąg do Colonii Guella – miasteczka robotników zaprojektowanego przez Gaudiego. Dla miłośników mocnych wrażeń obowiązkowa jest całodniowa wizyta w parku rozrywki Port Aventura, gdzie kolejki górskie, karuzele i wielkie szaleństwo pozwalają zapomnieć o całym świecie. Koszt: 45 euro od osoby plus pociąg ze stacji Sants (8 euro w jedną stronę). Trochę dużo, ale jeśli lubicie wesołe miasteczka, to naprawdę warto!

Montserrat

Port Aventura

9. Jedzenie

Szykujcie się na szok! Marzycie o średniej jakości obiedzie na mieście, zapijanym sangrią? Przygotujcie minimum 20 euro. Smutne jest też to, że właściwie wszystkie restauracje serwują to samo: paelle, tapas (małe przystawki), owoce morza i pizzę. Jeśli już zdecydujecie się na posiłek w jednym z takich barów-restauracji, warto zjeść owoce morza – są świeże, smaczne i chyba stosunkowo tanie. Można zamówić kilka tapas z owocami morza i delektować się nimi przy winie. Ciekawą opcją jest też menu dnia – za ok. 10 euro zjemy zupę, drugie danie i deser. Porcje są raczej skromne, ale można się nimi najeść. I pamiętajcie, że są to propozycje lunchowe – zazwyczaj dostępne w określonych godzinach. Uwagę warto też zwrócić na duże piekarnie oferujące pyszne i tanie śniadania (np. Dino’s – croissant z kawą za 1,50 euro), mające bogatą ofertę kanapek i kawałków pizzy za parę euro, którymi spokojnie najemy się na drugie śniadanie.

 

  • Cieszę się, że znalazłam Twojego bloga i właśnie ten wpis. Barcelona to moje marzenie, nie wiedziałam jak się zabrać to planowania wyjazdu. Ty mi to uprościłaś. Dzięki!

    Pozdrawiam

  • Dzięki za te kilka porad, bo właśnie w sierpinu wybieram się do Barcelony! 🙂

  • Magdaleno… na tym ostatnim zdjęciu wyglądasz jak z rodziny kotów, coś jakby puma 🙂 Z „Vicky Cristina…” mam tylko ścieżkę dźwiękową, ale jeśli chcesz zobaczyć inną stronę Barcelony, to polecam piękny film „Biutiful” z Javierem Bardemem. Jak to u Inarritu, jest mrocznie, ale gdzieś w tych mrokach czai się nadzieja. Pozdrawiam i dzięki za posta!

%d bloggers like this: